Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 lipca 2018

Filmy z książką w tle

Filmy z książką w tle


Redaktor Ego: Gdy nadchodzi upragniony weekend, wybieramy się do kina, by usiąść na wygodnych fotelach i na ogromnym ekranie podziwiać filmowe nowości. Domatorzy oraz zwolennicy luźnych dresów i leniwych wieczorów mogą rozłożyć się na kanapie lub w łóżku i przebierać w coraz bogatszej ofercie prezentowanej przez serwisy streamingowe. Wszystkie te wygody zawdzięczamy książkom. Narodziny filmu należałoby w pierwszej kolejności powiązać z rozwojem fotografii (bo czym jest film jak nie ruchomymi zdjęciami), ta zaś wydawać by się mogło, jest technologiczną odpowiedzią na obrazy zamknięte w złotych ramach (bo czym jest zdjęcia jak nie obrazem namalowanym przez aparat). Idąc dalej tym torem wszelkie obrazy Picassa czy Rembrandta mają na „chłopski rozum” przecież więcej wspólnego z naściennymi malowidłami niż ze skrupulatnie połączonymi kartkami zapełnionymi teksem. Gdzie w tym wszystkim jest książka? Niewiele dziś byśmy osiągnęli, gdyby nie pismo, a później wynalezienie druku i maszyny drukarskiej. Człowiek najpierw mógł zapisywać całą swoją wiedzę, a później przekazać ją innym. Masowa produkcja umożliwiła dostęp to tej wiedzy niemal każdemu. W ten sposób, zamiast powoli maszerować wybiegliśmy w przyszłość. Spojrzenie na tę kwestię z tej perspektywy powinno na zawsze ukrócić kwestię czy to film, czy książka jest lepsza. W takim razie skoro film zawdzięcza tak wiele książce, zapraszam Cię na podróż po popkulturze w poszukiwaniu tytułów, w których książki miały mniejsze lub większe znaczenie.

Kinga: Zauważyłam, że kolejnymi pomysłami rzucamy sobie nawzajem wyzwania. Ostatnio wspominałeś o tym, że trudno było Ci znaleźć wystarczającą ilość dobrych filmów spoza USA, teraz ja głowiłam się godzinami, żeby dobrze wpasować się w temat, który zaproponowałeś. Ale to z drugiej strony dobrze, bo możemy – jak to nazywasz – poszerzać horyzonty.

Na swoim blogu nie raz zdarzyło mi się podkreślać, jak bardzo ukształtowała mnie Carrie Bradshaw. I wspomnę jeszcze raz w poniedziałek. Nawet nie chcę mi się liczyć, ile razy widziałam „Seks w wielkim mieście”, zarówno jeśli chodzi o serial, jak i dwa filmy pełnometrażowe. Właśnie w drugim z nich Carrie jest już etatową pisarką i ma na swoim koncie kilka książek. Najnowszą jest „I do. Do I?”, która dotyczy głównie zagadnień związanych z małżeństwem. Choć w filmie nie jest ona na pierwszym planie, przewija się gdzieś w tle od początku, aż do jego zakończenia. Obserwujemy, jak Carrie dostaje swój pierwszy egzemplarz, czyta pierwsze recenzje, a pod koniec filmu, gdy jest dojrzalsza o nowe doświadczenia, prawdopodobnie napisałaby ją inaczej. Co nie oznacza, że nie jest z niej dumna. A widz jest dumny razem z nią. Artykuły pisane nocami do Vogue nie pozostały tylko w papierowej próżni, ale na coś się przydały.


Redaktor Ego: Książki mogą mieć na nas niesamowity wpływ. Wśród swoich znajomych z łatwością znaleźć można ludzi uwielbiających książki do tego stopnia, że światem przedstawionym żyją jak swoim własnym. Z bohaterami nie tylko się utożsamiają, ale kochają najszczerszym uczuciem i naśladują. Niektórzy mimo upływu lat uparcie oczekują listu z Hogwartu, inni próbują łóżkowych eksperymentów, bo nagle odkrywają w sobie charyzmę i temperament Christiana Greya. Książki nieraz tak mocno na nas działają, że zapominamy o granicy między rzeczywistością a fikcją. Gdy ta linia się zaciera, stają się one naturalnym elementem naszego życia. To najwyższy czas, żeby dać nogę jak najdalej.

Annie Wilkes jest przykładem naprawdę oddanej fanki. Twórczość swojego ulubionego autora zna na pamięć, a o losach swojej ukochanej postaci opowiada z pasją i emocjami, jakby chodziło o jej najlepszą przyjaciółkę. Annie to również cudowna osoba o wielkim sercu. Jest troskliwa, skora do pomocy, oddana i zaangażowana. Gotowa jest rzucić się na ratunek, nie zważając na swoje potrzeby. Jeżeli zdarzy Ci się dachować samochodem w środku lasu w czasie śnieżycy, warto mieć przyjaciółkę właśnie taką jak Annie. Weźmie Cię na plecy, przeniesie przez zaspy do swojego domu, poskłada Ci kości, ugotuje pyszną zupę, a i zadba o miejsce do pracy, byś nie narobiła sobie zaległości. I nie poprosi o nic w zamian. Po prostu anioł kobieta. Jeżeli jednak chodzi o jej ukochaną Misery, w jej obronie gotowa jest Ci połamać nogi wielkim młotem albo grozić równie wielkim nożem kuchennym. Nie tracąc przy tym, niepokojącego wyrazu twarzy. Gdy pod jej skrzydła trafia autor uwielbianego przez nią cyklu, pomoc Annie jawi mu się jako opaczność boża. Wystarczy jednak mała różnica zdań, a sympatyczna kobieta zamienia jego życie w piekło. Jak przystało na bohaterów historii spod pióra Stephena Kinga, wręcz absurdalna sytuacja zmienia się w prawdziwą walkę o życie. Uśmiech Annie jest natomiast czymś, co potępieńcy muszą widzieć w chwili, gdy stają przed wrotami piekieł. A to wszystko dlatego, że ktoś zbyt poważnie traktuje książki.


Kinga: Nie warto zadzierać z żywymi, ale jeszcze gorzej z martwymi. Teoretycznie martwymi. Bo kiedy ktoś postanowi na przykład odkopać mumię sprzed dwóch tysięcy lat, na pewno nie wróży to nic dobrego.

Kiedy fascynacja literaturą idzie za daleko, rodzi się nieco nawiedzona bibliotekarka, Evelyn, która postanawia odnaleźć zaginione Miasto Umarłych – Hamunaptrę. W związku z tym bez żadnych konsekwencji rzuca swoje miejsce pracy (zdewastowane przez siebie kilka minut wcześniej) i wyrusza w daleką podróż na pustynię. W międzyczasie trafia zarówno na sojuszników, jak i opozycję, mającą chrapkę jedynie na ukryte w starożytnym grobowcu skarby. Po obudzeniu przez nie do końca pełnosprawnych poszukiwaczy złota mumii kapłana o wielkiej mocy sprawczej, cała fabuła „Mumii” plecie się wokół dwóch ksiąg – złotej i czarnej. Obie napisane starożytnym językiem, obie zawierające starożytne zaklęcia, obie posiadały w gratisie opcję zdewastowania lub uratowania całego świata. I dostarczyły szereg plot twistów (no, może nie szereg, ale jak na tamte czasy – było zaskakująco). Towarzyszyły naszym protagonistom do samego końca, aby wspierać ich dobre zamiary. Oczywiście sporo atrakcji zapewnia też brat głównej bohaterki, który z czytaniem ma raczej niewiele wspólnego, a który pod koniec filmu okazuje się całkiem przydatny.


Redaktor Ego: Książki mogą wyrażać nasze emocje. Oczywiście w tym momencie pojawia się problem, z tym, co autor miał właściwie na myśli. Pytanie to wywoływało u mnie stany lękowe i wątpliwość czy mój mózg, aby na pewno funkcjonuje w granicach powszechnie obowiązujących standardów. Z czasem zdałem sobie sprawę, że niemal każdy dowolny tekst rzeczywiście w swoim drugim dnie potrafi zawierać mnóstwo informacji. Kamień jednak spada z serca na wieść o tym, że klucza już nie ma i żadna komisja nie stoi nade mną niczym ponura Inkwizycja (chociaż interentowa społeczność też potrafi być okrutna), a interpretacja zależy ode mnie. Trzeba pamiętać, że dowolność i interpretacyjna bezkarność może nieść za sobą przykre konsekwencje.


Susan jest umiarkowanie szczęśliwą i nie do końca spełnioną właścicielką galerii sztuki oraz żoną zabieganego biznesmena. W wolnych chwilach nie dosypia i zapewnia wszystkich wkoło, jak fatalne są wybrane przez nią wystawy. Nie chce jej się nawet robić dobrej miny do złej gry w (zbliżające się) bankructwo. Monotonię dnia codziennego przerywa jej niespodziewanie przesyłka od byłego męża. Cierpiący na wieczny kryzys twórczy Tony przesyła Susan książkę zatytułowana „Zwierzęta Nocy” i pragnie, aby przeczytała ją jako pierwsza. Bohater dzieła, łudząco przypominający ex-męża Susan (w obu rolach Jake Gyllenhaal), trafia w tarapaty godne twórczości Stephena Kinga. Mocna i nieprzyjemna historia jest, na tyle wstrząsająca, że śmiało mogłaby zostać materiałem na osobny film. Książkowa narracja zdaje się mieć wspólne elementy z przeszłością Susan, lecz do tych bohaterka, mimo że podświadomie z pewnością coś wyczuwa, nie chce się przyznać. „Zwierzęta nocy” to nieprzyjemny film otulony ciężką atmosferą i doprawiony świetnymi zdjęciami i montażem. Przeplatające się wątki poruszają się na granicy spójnej całości, sugerując podobieństwa, nie wskazując jednak niczego wprost.


Pojawia się pytanie. Czy widzowie dadzą radą odczytać, co autor miał na myśli? Bo pierwsza czytelniczka ma z tym chyba wyraźne problemy.

Kinga: Robi się tu powoli ciężko i raczej mrocznie. Dlatego na chwilę znowu ucieknę w stronę niczym nieograniczonej beztroski, do świata, gdzie wszystko jest dozwolone, a wydawanie książek szalenie łatwe. Choć czasem takie nowości na półkach mogą przysporzyć sporo problemów samemu twórcy. Zwłaszcza wtedy, kiedy pojawia się to znienawidzone przez maturzystów pytanie — co autor miał na myśli.

Myślałam, że uda mi się w tym zestawieniu zmieścić tylko jedną produkcję dla nastolatek spragnionych nowojorskiego życia. Ale się nie udało, bo pisząc o „Sex and the City”, przypomniałam sobie o innym weteranie tasiemców dla młodzieży, choć trochę młodszym, niż Carrie i jej przyjaciółki z Manhattanu.

W „Plotkarze” naprawdę sporo się dzieje. To odświeżona wersja „Mody na sukces”, gdzie każdy w końcu będzie z każdym przynajmniej raz. Rozstania, powroty i wszystkie perypetie nastolatków z Upper East Side prowadzą jednego z bohaterów do napisania książki. Dan Humphrey to wrażliwy literat z Brooklynu, kompletnie nieprzystosowany do szalonego życia Manhattanu. Podczas jednego z miliona sezonów serialu, Dan obserwuje swoich znajomych, co przynosi owoc w postaci książki o każdym z nich. Mają oni co prawda zmienione imiona, ale powszechnie znane fakty szybko demaskują, kim inspirował się nasz bohater. I oczywiście na światło dzienne wychodzi wszystko to, co naprawdę myśli o bogatych nowojorskich dzieciakach. Nie mogę sobie przypomnieć, czy książka ostatecznie trafiła do druku, ale do jakiegoś potencjalnego wydawcy na pewno. Z tym że niestety oprócz całkiem dobrych opinii, książka zgarnęła też wszystkich przyjaciół Dana, łącznie z jego dziewczyną, a oni zgodnie odwrócili się od niego i od siebie nawzajem. Czy było to tego warte? Oczywiście. Sytuacje w książce oparte były na faktach, więc mieszkańcy Upper East Side dzięki temu zagrali ze sobą w bardzo nowojorską wersję „Ego”.


Redaktor Ego: Książki mogą nieść nadzieję, a słowa moc panowania nad ludzkimi duszami. Gdy na świat spadnie apokalipsa, ale nie ta biblijna tylko ta filmowa, wiele się zmieni. Słońce, zamiast przyjemnie grzać naszą skórę, zacznie wypalać nam oczy, w modzie będzie dominował styl al'a Mad Max, a przedmioty, które są tak naturalnym elementem naszego otoczenia, że nawet ich nie zauważamy, zyskają niezwykłą wartość. Za menażkę wody, nawilżone chusteczki czy aspirynę pozostali przy życiu ludzie gotowi s zabić bez mrugnięcia okiem. Taką wartość dla pamiętających czasy „sprzed” mają również książki. Jedna z nich może stać się bronią potężniejszą niż wszystkie gnaty i spluwy, jakie mają najliczniejsze nawet pustynne bandy.

W świecie pozbawionym nadziei, gdzie jedynym sensowym celem jest przetrwanie, trudno jest znaleźć dla siebie miejsce. Nie ma w nim marzeń, nie ma jutra. W takich warunkach pozostaje zezwierzęcenie i udział w powolnym upadku wartości. Nikt nie myśli o rzeczach większych ani o dobru ogółu. Nikt poza pewnym samotnym wędrowcem. Eli wyrusza w podróż na zachód, gdzie ma odnaleźć cel swojej podróży — miejsce, gdzie dla ludzkości narodzi się nowa nadzieja. Jej źródłem jest księga, którą pielęgnuje i strzeże. Zawarte w niej słowa mają moc mogącą ocalić ludzkość. Nic dziwnego, że łapska na niej chce położyć żądny władzy i potęgi czarny charakter. Dobro zmaga się ze złem. Nadzieja z pragnieniem kontroli nad ludzkimi duszami, a Denzel Washington z Gary Oldmanem. Areną walki w „Księdze Ocalenia” jest zdewastowany świat pełen post-apokaliptycznego piękna.


Kinga: Myśląc o filmach, w których pierwsze bądź czwarte skrzypce grają książki, nie potrafię przeoczyć jeszcze jednego filmu, w którym arcydzieło literatury dopiero powstaje. Po spotkaniu z Carrie Bradshaw i Sereną van der Woodsen, proponuję przenieść się z dusznego Manhattanu na nasze podwórko i zakrzyknąć wspólnie „Marian, tu jest jakby luksusowo”.

Marian Wolański jest chyba moim ulubionym filmowym alkoholikiem. Niespełniony humanista, który po dwóch „Koglach-moglach” nadal jest docentem i wciąż nie może skończyć pisać książki. Życiowy nieudacznik niezdolny do podejmowania decyzji – doskonały materiał na pracownika naukowego i wzór dla przyszłych pokoleń, chcących zgłębiać tajniki pedagogiki. Po tylu latach oglądania nadal nie wiem, co docent Wolański tak namiętnie klepie na swojej maszynie do pisania, ale cała zabawna otoczka, która spowija go jako bohatera jest warta oczekiwania każdej publikacji.


Redaktor Ego: Książki mogą być śmiertelnym zagrożeniem. Nie byłbym chyba sobą, gdybym w naszym zestawieniu nie sięgnął po fantastyczny wątek albo nie otarł się przynajmniej o obrzydliwy horror. Czy w świecie przeklętych przedmiotów i nawiedzonych obiektów znajdzie się książka mogąca ściągnąć na bohaterów śmiertelnie niebezpieczeństwo?

Poradnik survivalu część 66. Jeżeli chatka ukryta w środku lasu ma na wyposażeniu piwnice — nie wchodź do niej. Serio. Skoro jednak nie możesz się oprzeć, niczego nie dotykaj, nie wynoś, a jak znajdziesz tekst napisany krwią, to go pod żadnym pozorem nie czytaj. Bo jeżeli oczekujesz, że w tym momencie pojawia się kolorowe kucyki albo przyjazne elfy spełniające życzenia to bardzo grubo się mylisz.

Przyjaciele uzależnionej od prochów Mii zabierają ją do klimatycznie urządzonej chatki, gdzieś na totalnym odludziu w leśnej głuszy. Postanawiają jej pomóc w przetrwaniu najgorszego okres podczas odwyku, oferując swoje wsparcie. Dla jej dobra nie cofając się przed bezwzględnymi działaniami. No i oczywiście w międzyczasie przez przypadek przywołują demona. Oczywiście, jeżeli znalezienie w piwnicy księgi oprawionej w ludzką skórę w etui z drutu kolczastego, a następnie przeczytanie zapisanych krwią wersetów nieznanym języku można uznać z przypadek. Wystrój piwnicy też powinien dawać wiele do myślenia, ale co tam, kto nie chciałby zajrzeć do książki żywcem wyjętej z koszmarów Lovecrafta.


Gdyby nie ciekawość połączona z lekkomyślnością nie mielibyśmy nowej wersji „Martwego Zła”. Genialnie zrealizowany pod względem efektów specjalnych, charakteryzacji i montażu jest jednym z najbardziej obrzydliwych i krwawych filmów grozy ostatnich lat. W wersji Alvareza znaleźć możemy liczne nawiązania do oryginału z lat 80' z Campbellem w roli głównej (tak, to ten koleś z serialu z piłą mechaniczną zamiast ręki). Krew leje się tu w ilościach równych opadom atmosferycznym, brutalne sceny opływają sosem Gore, a mroczny las podkręca jeszcze bardziej nieprzyjemny klimat. No i Jane Levy pokryta charakteryzacją i szaleństwem jest genialna w głównej roli. Jak się okazuje, zapał do czytania nie zawsze niesie ze sobą pozytywne skutki.


Kinga: Survival to rzeczywiście istotna kwestia, podobnie jak podejmowanie odpowiednich decyzji, na przykład nie wchodzenie do nieprzyjemnie wyglądających piwnic. Książki mogą przysporzyć sporo problemów, jeśli to wystarczy na określenie przywołania demona. Ale może też nauczyć wytrwałości w dążeniu do celu, uporu i motywować do działania. Nie przywoływałam tu jeszcze książek istniejących rzeczywiście, dlatego połączę to teraz z biografią, co daje całkiem przyjemną dla widza historię o dziejach edukacji seksualnej.

Czasy, w których słowo „seks” trudno przychodziło wypowiedziane nawet szeptem, roboczo nazwane PRL-em, to dla Michaliny Wisłockiej najgorszy okres na wydawanie książek. Ceniona wśród pacjentek pani seksuolog nie miała tak lekko z wydawniczą władzą. Wszechobecna cenzura kazała obywatelom myśleć, że wszelka edukacja w tym zakresie jest absolutnie zbędna. Rodzi to serię nieprzyjemności na drodze do pisarskiego sukcesu. Autorka nie poddaje się jednak i dzielnie walczy ze zmaskulinizowanym gronem edytorskim. Poza tym nieustannie buduje wokół siebie i swojej książki grupę sympatyków, budzi w pacjentkach pełne zaufanie, dzięki czemu jest jak najlepszy kandydat na prezydenta. Kobiety mają potrzebę zdobycia wiedzy na temat spraw łóżkowych, innej niż wybór materaca, dlatego ostatecznie „Sztuka kochania” zajmuje miejsce w księgarniach i do dziś jest całkiem poczytną pozycją.


Redaktor Ego: Książki mogą być wrogiem ideologii. Książki mogą zagrażać władzy. Zawarte w nich treści wpływają na nas i kształtują. Ze zdobytą za ich pomocą wiedzą i odczuwanymi emocjami stajemy się wyjątkowi i niepowtarzalni. Ktoś jadący obok nas w autobusie lub osoba czekająca przed nami w kolejce może przeczytała ich mniej od nas, ale sprawiły one, że patrzy na świat w sposób niepowtarzalny, zupełnie inny od naszego. W końcu wyścig w ilości przeczytanych książek i wszelkie porównywanie nie do końca ma sens, bo przecież książka to jedynie medium, a treść treści nie równa. Jedna może zmienić tysiące osób, a tysiące książek mogą jedną osobę utwierdzić w dawnym przekonaniu. Chociaż często opowiadają o nieistniejących wydarzeniach i bohaterach i nie dają żadnych odpowiedzi, skłaniają nas do myślenia. A ludzi myślących i różnorodnych trudniej kontrolować.

W temperaturze 451 stopni Fahrenheita zaczyna płonąć papier. 451 to symbol strażaków przyszłości, którzy zamiast gasić pożary, wzniecają je. Niczym gestapowcy wpadają do domów, poszukują książek i rozpalają z nich ogniska. Zawarte bowiem w nich treści prowadzą umysł ludzki do szaleństwa i ułomności umysłu. Czytelnicy, uważani przez władzę za zagrożenie, niczym rasowy ruch oporu walczą w obronie książek, romantycznie kryjąc się po lasach i wierząc w lepsze jutro. Świat pozbawiony książek jest o wiele łatwiejszy do podporządkowania. Rzeczywistość z "451° Fahrenheita" jest pod wieloma względami smutna. Dzieci cieszą się na myśl o niszczeniu literatury (z drugiej strony, kto przynajmniej raz nie śnił o płonącym podręczniku do matematyki). Cytaty wielkich pisarzy tak chętnie wrzucane przez młodzież na facebookowe ściany, są niczym narkotyk. Zakazane kuszą jednych swoją tajemnicą i uzależniają, dla drugich są pozostałością po zamienionej w popiół przeszłości do której nie można już wrócić.


Książkowa wizja świata przedstawiona przez Raya Bradbury'ego w jego książce z lat 50 okazuje się zbyt trudna dla filmowców. Zarówno wersja z 1966 roku, jak i ta współczesna z 2018, celnie uderzają pojedynczymi aspektami, brak w nich jednak naprawdę przygnębiającego obrazu zdeprawowanej władzy i nowego społeczeństwa narodzonego w świecie bez książek. Miejmy nadzieję, że na kolejną próbę nie przyjdzie nam czekać aż 52 lata. A może to po prostu ta sytuacja, w której książka zawsze będzie tym lepszym wyborem.


Kinga: Książki inspirują nie tylko nas jako czytelników, ale także producentów filmów czy seriali. I to pod wieloma względami. Widzieliśmy już masę adaptacji, w których historia z książki jest przeniesiona dość wiernie na ekran, a twórcy inspirowali się konkretnym pisarzem. Filmy o książkach, o pisaniu książek, albo takie, w których słowo pisane ma bardzo dużą wartość (jak w „Księdze Ocalenia”) to mniej popularny motyw, ale z pewnością wart uwagi. Kiedyś przeróżne publikacje dodawały ludziom otuchy w trudnych chwilach, podobno tak było z „Panem Tadeuszem”, ten motyw wykorzystał Sienkiewicz w „Latarniku”. Mam nadzieję, że kinematografia będzie jeszcze chętniej sięgać po taki schemat, bo taki cross pokazuje przede wszystkim, że książki wcale nie umierają w erze ruchomego obrazu.





poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Blondynka vs Brunet: Lara Croft i Gąszcz Nieporozumień

Blondynka vs Brunet: Lara Croft i Gąszcz Nieporozumień


Redaktor Ego: Gdy na ekrany kin wchodzi film taki jak „Tomb Raider”, wraz z nim pojawia się mnóstwo pytań. Czy odgrzewanie starego tytułu jest w ogóle potrzebne? Czy powrót do czegoś, co już było, ma jakiś sens? Nie może obyć się też bez porównań nie tylko samych filmów, ale również historii czy (w przypadku Lary Croft to chyba oczywiste) również aktorek wcielających się w tytułowe role, ich strojów, ekwipunku czy nawet uczesania. Na jaw wychodzą preferencje wielu widzów i prezentowane są tak dobitnie, że nic nie byłoby w stanie zmienić ich zdania, a kręcenie kolejnej części było herezją lub innym bezsensownym/ (wstaw inne brzydkie słowo) pomysłem. Skromna i delikatna Alicia Vikander już od samego początku poprzeczkę miała zawieszoną tak wysoko, że niemożliwe było jej pokonanie. W świadomości wszelkiej maści kinomaniaków jedyną słuszną aktorką mogącą wcielić się w główną rolę była Angelina Jolie. Ociekająca seksem i wyuzdaniem stała się obiektem westchnień. Jednak czy zasłużenie nosi ona tytuł „jedynej słusznej Lary” ? Odpowiedzią może być fakt, że o wiele częściej porównywano wielkość, krągłość i jędrność wdzięków obu pań, nie zaś ich aktorski warsztat. Już od dawna wiedziałaś, kto jest moim faworytem i który element filmu będzie moim ulubionym. Nie rozczaruję Cię, Vikander jako Lary będę bronił swoją (wątłą w porównaniu do Jolie) piersią.

Kinga: Oczywiście masz rację – fani ociekającej seksem Lary w ciasnym wdzianku z pewnością nie zauważą w nowym Tomb Raiderze jakichś szczególnych pozytywów w kwestii zmiany aktorki. Ale jeśli zostawimy na chwilę porównywanie Tomb Raiderów, a porównamy nowy film do gry – zdecydowanie wygrywa pani Vikander. Oczywiście w kwestii zachowania samej postaci się nie wypowiem. Wspominałam o tym przy okazji naszego ostatniego wpisu wspominkowego na temat starych filmów o Larze Croft, ale nie zaszkodzi powtórzyć. Pamiętajmy, że w tej recenzji mamy spojrzenie gracza i osoby, która fizycznie z Tomb Raiderem nie miała do czynienia. Myślę, że to pozwoli trochę urozmaicić przekaz. Ale od początku – proponuję ugryźć ten film najpierw od tej lepszej, mniej spleśniałej strony i porozmawiać o jego zaletach. Bo pomimo że film generalnie mnie nie zachwycił, to jednak znalazłam kilka plusów poza doborem aktorki. Może jeśli odpowiednio się skupisz, dasz radę znaleźć choć kilka drobnych pozytywów?


Redaktor Ego: Do niedawna Lara prezentowała nam się jedynie jako doświadczona archeolożka i wygimnastykowana poszukiwaczka przygód. Ze względu na to, że poznaliśmy jedynie jeden aspekt jej życia, nie dziwi nas, że w świadomości fanów bohaterka przyszła na świat w obcisłych spodenkach, długim warkoczu i z dwiema spluwami. Niemal wojskowe wyszkolenie odziedziczyła po tacie, a wiedzę historyczną wyssała z mlekiem matki. Całkiem niedawno postanowiono nieco urozmaicić jej wizerunek. Najpierw dokonano restartu serii komputerowej, a teraz początki Lary zobaczyć mogliśmy na dużym ekranie. Główną bohaterkę poznajemy w sytuacji, która żadnemu fanowi gier nie przyszłaby do głowy. Zarabia na życie jako rowerowy kurier, niespecjalnie interesuje się zakurzonymi przedmiotami, a błysk w oku pojawia się u niej nie na widok zaginionego przed wiekami artefaktu, ale w sytuacji, gdy może zarobić dodatkowe kilka dolarów, które pozwolą jej opłacić mieszkanie i przetrwać kilka kolejnych tygodni. Jak taka dziewczyna mogła wylądować w środku dzikiej i niebezpiecznej głuszy? Nie pędzi ona za przygodą, sławą i adrenaliną. Kierując się jedynie miłością dziecka, próbuję odnaleźć i uratować ojca. Bohaterka, czując się w takiej sytuacji komfortowo i na miejscu, zwyczajnie w świecie byłaby pozbawiona wiarygodności i rozczarowująca. Zamiast tego Lara jest wystraszona i zagubiona. Jej próby walki i ucieczki są chaotyczne i niezgrabne. Pozbawione są finezji, bo dla Lary ważniejsze staje się przetrwanie niż efektowne skręcenie karku i kopniak z półobrotu z podwójnym saltem i spowolnieniem przy lądowaniu. Zanim w nowej grze staniemy się starym wyjadaczem i mistrzem rozgrywki, musimy ogarnąć sterowanie i dopiero po ciężkich początkach rozpoczyna się najlepsza zabawa. Lara ze swoim nowym filmowym początkiem znajduje się dokładnie w tej samej sytuacji. Vikander w tej roli sprawuje się świetnie i w czasie trwania swojej pierwszej przygody przechodzi powolną przemianę. Zaczyna od niepewnej i spanikowanej nastolatki, która znalazła się w niewłaściwym dla siebie miejscu, by stać się świetnie znaną bohaterką. Powoli budzi się w niej rodzinne motto „hej przygodo, walić wszystko”. Staje się coraz bardziej pewna siebie i zdecydowana, nie zmienia się jednak w całkowicie niepokonaną. Początek Lary jest wręcz idealnie rozpisany i oglądanie go sprawiło mi ogromną przyjemność, przede wszystkim dlatego, że był kompletny, ale przy tym całkowicie naturalny. W kategorii „narodziny bohaterki” nowa Lara, zaraz po skopaniu tyłka swojej starej wersji, mogłaby stanąć do walki z filmową Wonder Woman. W tym przypadku faworytkę też już mam.


Kinga: Niewątpliwą zaletą jest tu na pewno Alicia Vikander, której delikatna, dziewczęca uroda, świetnie oddaje postać drobnej, nieświadomej swojej przyszłości Lary. Jest niepozorna, uśmiechnięta kiedy trzeba, a i odgrywanie przeszywającego bólu idzie jej nienajgorzej. Ta skromność i nieporadność sprawia, że postać jest dla widza wiarygodna, jej początki jako swego rodzaju wojowniczki są naprawdę dobrze zorganizowane. Oglądając różnego rodzaju letsplay’e zauważyłam, że sporo motywów się powtarza, co jest oczywiście także na plus w kontekście filmu jako adaptacji. Sam krajobraz jest też świetnie przeniesiony na ekran kinowy. Tak samo niczego nie mogę zarzucić efektom specjalnym, które jednocześnie odpowiadały wersji komputerowej, ale też były optymalnie realistyczne. Na pochwałę zasługuję też zdecydowanie muzyka jako dopełnienie całości. I na tym niestety zalety się kończą. Fabularnie film niestety kuleje, i to na obie nogi. Tak jak wspomniałeś, Lara przechodzi przemianę w ciągu tych dwóch godzin, ale zauważ, jak nagle to się dzieje. Na początku filmu bohaterka zdaje się bać własnego cienia i nie jest w stanie zrobić krzywdy nikomu. Scena, w której w obronie własnej zabija jednego z przydupasów Vogla okazuje się wszystko zmieniać w jej życiu i już kilka scen później widzimy, jak Lara z zimną krwią strzela z łuku do przypadkowych ludzi. Może tylko mi się wydaje, ale normalny człowiek nie zmieniłby się ot tak, wraz z filmowym klapsem. Do tego, jako ktoś kto raczej nie interesuje się grami komputerowymi, nie mogłam znieść nieśmiertelności naszej bohaterki. Staram się rozumieć to w kontekście gry przygodowej, w której generalnie chodzi o to, żeby postać nie umarła, ale mimo wszystko – trochę mnie to raziło. No i pojawia się zakończenie, w którym twórcy nawet nie próbują udawać, że nie czerpią z wzorców przedstawionych przez Angelinę Jolie. Pod koniec Lara tajemniczo staje się silną i niezależną kobietą, która nawet uśmiecha się tak samo, jak jej poprzednia wersja, a broń palną traktuje jak zabawkę. Nawet dobra muzyka nie jest w stanie zatuszować tych wad i dla mnie ten film sporo stracił właśnie na tym.


Redaktor Ego: Nawet nie wiesz, jak wiele może zmienić jeden dobrze wymierzony klaps. Przyśpieszenie przemiany głównej bohaterki to też w dużej mierze kwestia czysto techniczna. Gdyby przez 2 godziny w bohaterce nie zaszłaby żadna widoczna zmiana, niektórzy nie zauważyliby, że oglądają w ogóle "Tomb Raider". Jak dla mnie, mimo narzuconego czasu, zmiana ta wyszła dość płynnie i naturalnie, a czepiać mogłabyś się, gdybyśmy mieli do czynienia z trylogią, a na to niestety się nie zapowiada. Chociaż dość pozytywne wrażenie zrobiła na nas główna bohaterka, to jednak oglądanie filmu jedynie dla ładnej czy dobrze napisanej postaci to trochę jak pójście do wesołego miasteczka, żeby zjeść watę cukrową. Jak wspomniałaś na początku nowy "Tomb Raider" miał być adaptacją gry z 2013 roku. Na ekranie mogliśmy zobaczyć wprawdzie kilka scen bliźniaczo podobnych do pecetowych obrazków, to twórcy do początku Lary podeszli bardzo luźno. Przez bardzo luźno mam na myśli poszatkowanie oryginalnej historii za pomocą wielkiej maczety. Podobieństwa można doszukiwać się jedynie w głównej bohaterce i w nazwach własnych. W tym momencie pozostaje trochę rozluźnić podejście do wszelakich adaptacji. Jednak na tym nie koniec minusów. Filmy przygodowe mają przede wszystkim dostarczyć nam zabawy. Rozrywka opierać ma się przede wszystkim na hasaniu po starożytnych ruinach, pokonywaniu przeszkód i rozwiązywaniu skomplikowanych zagadek, by na końcu przekonać się, że skarb nie jest właściwie skarbem (czy coś w tym stylu). Nie zwalnia to jednak z zachowania logiki. Indiana Jones i inni poszukiwacze zaginionych arek zawsze znajdowali sposobność, aby szczegółowo opisać, co się przed nimi znajduje (jak nie było się do kogo odezwać, to wystarczało wyrecytować coś do siebie). Lara rozwiązując kolejne zagadki w milczeniu, a widzom pozostaje nadzieja, że bohaterka doszła do tego na drodze interesującej, pasjonującej dedukcji.

Kinga: Adaptacje mają to do siebie, że zawsze oceniane są przez pryzmat oryginału. Mogą być kiepsko odzworowane, ale same w sobie całkiem niezłe, ale zdarza się, że są złe mimo wszystko. Z tego, co mówisz, najnowszy "Tomb Raider" nie jest szalenie dobrą adaptacją. Z mojej perspektywy widzę go też niestety jako nienajlepszy film przygodowy i chyba nawet Alicia Vikander nie jest w stanie zatuszować braków, nieścisłości i tego tandetnego zakończenia, które ciągle odbija sie echem w mojej głowie. Na pewno znajdą się osoby, które będą nowym filmem o Larze Croft zachwycone, część postanowi zacząć na nowo przygodę z grą, a inni utopią swoje rozczarowanie w jakiejś lepszej propozycji na wieczór. Nawet w poprzednich częściach serii.


Redaktor Ego: Przy tworzeniu nowych przygód Lary, ktoś zdecydowanie chciał pójść na skróty. Film ma masę niedociągnięć, które będą kłuły w oczy, w zależności jak mocno skupiać będziemy się na szczegółach. Efekty specjalne momentami wyglądają dość niezgrabnie i z daleka dają znać o green screenie, zabijając tym samym krajobraz dzikiej wyspy. Przeciwnik utrudniający Larze jej akcję ratunkową jest niedopracowany i wydaję się pisany na raty, przez kilka osób. Finałowa sekwencja pułapek razi zaś z daleka nieudolną próbą naśladownictwa „Ostatniej Krucjaty”. Scenografia, znajdująca się za kultową bohaterką niezaprzeczalnie sypie się na naszych oczach, bo sklejona została bez przekonania i trzyma się jedynie na wiarę w markę, jaką jest Lara. Vikander, mimo swoich starań i dobrze wykonanej pracy, nie jest w stanie, powstrzymać całości przed poważnym upadkiem. Jedynie końcówka, w której legendy i mity zostają sprowadzone na ziemię do trochę bardziej wiarygodnych faktów, chroni nas przed całkowitą i niesmaczną katastrofą. Czy odgrzewanie starego kotleta jest złym pomysłem? Nie do końca. Tyle że sprawę trzeba postawić jasno. Znana postać z pewnością przyciągnie ludzi do kin, jednak nikogo nie zwalnia to z przyłożenia się do oprawy wokół gościa specjalnego. Niedbalstwo producentów powoduję, że zamiast przeżyć przygodę w dzikiej dżungli, mogliśmy zobaczyć coś równie pasjonującego co wycieczka po ogrodzie botanicznym. Sama Lara zaś największe baty dostała od tych, którym na jej sukcesie powinno najbardziej zależeć.



poniedziałek, 18 grudnia 2017

Gabinet Strachu #19 - Gdy stajesz się zwierzyną

Gabinet Strachu #19 - Gdy stajesz się zwierzyną


Po obejrzeniu fatalnego i chaotycznego, francuskiego „Grave” moje relacje z filmami psychologicznymi nieco się zmieniły. Od powściągliwego podejścia, przeszedłem do zdecydowanej niechęci. Z drugiej jednak strony, ten rok obfitował w tytuły, które reklamowane jako horrory wypadały niezwykle dobrze w swoim właściwej niszy. Nowa produkcja Lanthimosa wyrywa widza z jego strefy komfortu, wprowadzając go w stan niepewności, beznadziei i niemocy. Działa w ten sposób na nasze emocje, lepiej niż niejeden, „klasyczny” horror.

Państwo Murphy wiedli spokojne, normalne życie. Steven, sanowany kardiochirurg, Anna okulistka i dwójka zdolnych dzieci tworzyli wyidealizowany, a zarazem nieco karykaturalny obraz rodziny z wyższych sfer. Sztywnej, rzeczowej i powściągliwej w okazywaniu emocji. Krystalicznie czyści wydają się nie mieć żadnych problemów, czy tajemnic. Tym okropniejsza więc wydaje się tragedia, która ich odtyka. Steven, mimo swojego braku wylewności bierze pod swoją opieką Martina. Drobnymi prezentami, spacerami i rozmowami, próbuję zastąpić mu ojca, który zmarł na jego stole operacyjnym. Kierowany poczuciem winy czy też dobrym sercem, główny bohater, postanawia zaprosić chłopca pod swój dach. Okazuje się jednak, że jest to jedna z najgorszych decyzji w jego życiu. Idealne życie zmienia się w koszmar, a Steven staje przed niezwykle trudną decyzją.


„Zabicie Świętego Jelenia” pozornie wydawać się może kolejnym nadam bitnym filmem, który za sprawą wybujałego ego reżysera ma być jedną wielką metaforą, w której trzeba porządnie grzebać, żeby doszukać się nieraz abstrakcyjnych interpretacji i wyciągać nad wyraz głębokie wnioski. Lanthimos, zgranie wykorzystując artystyczne zabiegi snuje dość prostą historię, wykorzystując motyw znany z greckiego dramatu. Nad bohaterem ciąży fatum, zło popełnione w przeszłości wymaga sprawiedliwości. Los jest nieubłagany i prowadzi do nieuchronnej kary. Dopada ona go w momencie, gdy prowadzi on swoje życie, w najlepszy możliwy sposób. Jest kochającym i troskliwym ojcem oraz dobrym mężem. Otacza się wyjątkowymi ludźmi i stara się przelać swój emocjonalny „dobrobyt” dalej, wyciągając rękę w stronę półsieroty, nie do końca zdrowej psychicznie. Los jednak upomina się o swoje i stawia mężczyznę w klasycznej sytuacji z greckiego dramatu. Niezależnie co zrobi, będzie cierpiał. Zawsze spotka go kara, mniejsza lub większa. Niezależnie co uczyni, nie ma możliwości ucieczki.

Sędzią i katem w jednej osobie jest sam Martin, początkowo sprawiający wrażenie bezbronnego i skrzywdzonego dziecka szukającego miłości oraz możliwości powrotu do normalnego życia, wzbudza nasze współczucie. Gdy jednak relacja między Stevenem a chłopcem staje się zbyt duszna i niewygodna, zaczyna nosić znamiona nękania, chłopak pokazuje swoje drugie obliczem, a zaciskając pętle wokół chirurga i rzucając go na kolana.


Po takiej dawce emocji oglądając, jak karma podle wbija nóż w plecy bohaterowi, czujemy, jak nas samych ogarnia niemoc i beznadzieja. By wprowadzić nas w ten stan i nie uwalniać spod jego wpływu do samego końca, grecki reżyser sięga po cały wachlarz zagrań. Na początek to świetny wybór aktora do roli Martina. Chłopak zdaje się zupełnie nie pasować do pewnej teatralności i dokładności pozostałych bohaterów. Ze swoim wyglądem i manierą prezentuje się jako postać z filmu dokumentalnego o młodzieży z problemami. Jest on zupełnym przeciwieństwem ułożonych, dokładnych i nieskazitelnych członków rodziny, a jego pojawienie się burzy całą harmonię w domu. Film raczy nas również długimi i powolnymi ujęciami, w których często przemierzamy wraz ze Stevenem ciasne szpitalne korytarze lub zza jego pleców przyglądamy się jego rodzinnej tragedii. Sama historia również toczy się powoli i reżyser nie widzi potrzeby, aby cokolwiek przyśpieszać. Utrzymuje nas on w poczuciu poczuciu niemocy i beznadziei. Całą narrację dopina mocna sakralna muzyka, bo jaki grecki dramat mógłby się obyć bez chóru, która wręcz nachalnie akcentuje wiele momentów. Zdarza się jednak, że oprawa muzyczna wymyka się spod kontroli i dźwięki nam oferowane, zupełnie nie współgrają z tym, co na ekranie widzimy. Dzięki temu możemy być świadkami jedzenia frytek z udziałem epickiej orkiestry w tle.

„Zabicie Świętego Jelenia” jest filmem, który wyraziście opowiada historię, przelewając na widza emocje będące udziałem głównego bohatera. Lanthimos nie męczy widza, wymagając od niego wykopania spod tony metafor głębokiego przesłania. Nie porzuca on przy tym starannego artystycznego dopieszczenia szczegółów. Dzięki czemu tytuł ten z pewnością jest godny polecenia, ale na pewno nie wszystkim.

"The Killing of a Sacred Deer" 7/10



czwartek, 30 listopada 2017

Gabinet Strachu #18 - Eleganckie straszenie

Gabinet Strachu #18 - Eleganckie straszenie

Harry podczas swojej pobytu w Hogwarcie miał styczność z wieloma magicznymi stworzeniami: majestatycznymi smokami, niebezpiecznym bazyliszkiem, wilkołakiem czy słodko wabiącym się cerberem. Ze spotkania z Jęczącą Martą wyniósł za to tyle doświadczenia w dziedzinie kontaktów z duchami, że po opuszczeniu murów szkoły z uniesionym czołem, wypiętą piersią i bez oznak strachu stanął naprzeciw upiora o wiele mniej przyjemnego niż, narzekająca i irytująca nastolatka. Jeżeli ktoś tym momencie liczy na jakiś fanfik o młodym czarodzieju, to źle trafił. Jeżeli ktoś liczy na tekst o nastawionym na rozrywkę horrorze ze sztuczną krwią w roli głównej, idiotycznych głównych bohaterach czy straszydłach powstałych po godzinach pracy z efektami specjalnymi, trafił jeszcze gorzej.

Młody kancelista Arthur Kipps przyjeżdża do leżącej na uboczu wioski, w której musi zająć się uporządkowaniem papierów zmarłej niedawno klientki. Niemal wszyscy mieszkańcy, nad wyraz pozbawionej uroku, miejscowości, traktują go ze sporą dozą niechęci i aż nazbyt wyraźnie dają mu do zrozumienia, że nie jest wśród nich mile widziany. Dodatkowo dom, w którym przychodzi mu szperać w stosach pożółkłych papierzysk, nie dość, że znajduję się na nieprzyjemnych osnutych mgłą bagnach, to dziką lokatorką trzeszczącej posiadłości jest upiór tajemniczej kobiety w czerni. Po krótkim przeglądzie okazuje się, że mamy gotowy zestaw do klasycznego straszenia zaczynając od opuszczonego domu poprzez nieprzyjemną i depresyjną pogodę po trawione przez szaleństwo wioskowe społeczeństwo. Czy jednak oznacza to, że pora założyć płaszcze przeciwdeszczowe w obawie przed krwawą ulewą albo przygotować się na pojawiające się z częstotliwością stacji metra kolejne jump scare? Wychodzi na to, że na początku XX w. straszenie wyglądało zupełnie inaczej.


James Watkins, tworząc remake filmu z 1989 roku, postanowił posłużyć się niezwykle dokładnym sitem i oddzielić to, co w horrorze znaleźć się powinno by stworzyć świetny klimat, od tego, co w filmach z tej kategorii dostarczyć ma jedynie rozrywki dla prostej gawiedzi. I zabieg ten wykonuje naprawdę skrupulatnie. Najbardziej ma straszyć i przerażać nie tytułowa kobieta, chociaż ta jest świetnie ucharakteryzowana, a sama lokacja, jaka została wybrana. Szare, zniszczone i trzeszczące domostwo stojące na odstraszających bagnach pokrytych mlecznobiałą mgłą, jakby tego było mało, wystarczy przekroczyć próg domostwa, żeby było jeszcze „przyjemniej” podniszczone sprzęty i książki pokryte kurzem i pajęczynami, skrzypiące deski i wyjące rury, a wszystko to skąpane w mroku, którego nie da się przeniknąć wzrokiem. Pośrodku tego wszystkie zaś Arthur, ze zbolałą miną pełną smutku i życiowego zmęczenia, któremu towarzyszy jedynie tańczący przy lekkim ruchu powietrza płomień z świecy. Całość sprawia wrażenie jeszcze bardziej odludnej, ponurej i złowrogiej za sprawą dbałości o najdrobniejszy detal mający przenieść widza do pierwszej połowy XX w. "Kobietę w czerni" z Radcliffem warto zacząć oglądać dla samej niesamowitej i dopracowanej atmosfery, bo w takich warunkach można by wybaczyć każdemu drętwą czy dziurawą fabułę.


Sam główny bohater nie jest zwykłą pozbawioną charakteru czy historii postacią, której jedynym celem miało być przybycie do miasta i stanie się workiem treningowym dla paranormalnej sił. Kipps nie czeka, aż przydarzy mu się coś złego, bo w zasadzie przybywa on już ze swoim bagażem emocjonalnym. Dramat po utracie żony, bezsilność, tęsknota oraz miłość do syna, która nie jest w stanie przebić się przez jego poczucie straty, pozostają z bohaterem do samego końca, rysując się wyraźnie na jego twarzy, jeszcze bardziej podbijając klimat. Watkins tak próbuję operować historią, aby na pierwszy plan wydobyć smutek głównego bohatera. Pojawia się tu jednak pewna bolączka filmu. Sam Radcliffe, swoją aparycją, do roli pasuje wyśmienicie. Czar niestety pryska, gdy zaczyna się odzywać. „Kobieta w czerni” była jego pierwszą poważną rolą po Harrym Potterze, po którym to przyległa do niego metka młodego czarodzieja. Nic więc dziwnego, że aktor starał się jak mógł by wypaść dobrze. Starał się jednak momentami zdecydowanie za bardzo i niemal każda wypowiedziana przez niego kwestia jest przedobrzona, przez co mało autentyczna. W zasadzie wypada on o wiele lepiej, gdy nic nie mówi, a gra jego dotknięte przez życie oblicze.

„Kobieta w czerni” w wykonaniu James Watkins, nie jest horrorem, który dostarczy rozrywki. Jest to dzieło utrzymane w melancholijnym i depresyjnym klimacie, w którym oszczędza się na efektach specjalnych, dla oddania jeszcze lepiej samego klimatu. O wiele lepiej pasującym określeniem będzie w tym przypadku kino grozy, bo o ile te pierwsze produkcje tak bardzo chcą przerażać, że momentami aż śmieszą, niewiele jest filmów, które chcą się do człowieka dobrać „od środka” i złapać go za serce scenerią, historią, klimatem i niekiedy niezupełnie szczęśliwym happy endem, a "Kobieta w czerni" nie dość, że doskonale pod tym względem wypada, to straszy zupełnie jak XX-wieczni dżentelmeni — niezwykle elegancko.


wtorek, 28 listopada 2017

Gabinet Strachu #17 - Dalton w Krainie Zmarłych

Gabinet Strachu #17 - Dalton w Krainie Zmarłych

Projekcja astralna, znana również jako OBE (out of body experience), to wrażenie postrzegania świata spoza własnego ciała fizycznego, dająca możliwość dowolnego przemieszczania się i obserwacji, w czasie gdy ciało spoczywa "wyłączone" kilka kroków dalej. Chociaż, brzmi to, jak rasowe sci-fi, jest to umiejętność, której podobno może nauczyć się każdy. Wystarczy poćwiczyć świadome śnienie, a to zacząć trzeba od zapamiętywania, tego, co nam się śniło. Dla mnie problem pojawia się już w tym momencie, bo jakoś nie specjalnie mam ochotę wracać do snów, w których ulice dosłownie zamieniają się w rzeki krwi albo tych, po których budzę się zmęczony jak po solidnym bieganiu, bo tylko dzięki koszmarnemu wysiłkowi i odrobinie szczęścia udało mi się uniknąć nakłucia lędźwiowego za pomocą zardzewiałych kilkunastu centymetrowych gwoździ. Niektórzy mają na tyle szczęścia, bądź nieszczęścia, że rodzą się już z możliwością podróży poza ciałem, tak jak Dalton Lambert, przysparzając tym samym swoim rodzicom mnóstwo nerwów i strachu.

Młode małżeństwo, wraz z trójką dzieci przeprowadza się do nowego ogromnego domu. Jeszcze podczas rozpakowywania pudeł coraz więcej zdarzeń zaczyna wskazywać na to, że nowemu miejscu daleko jest od marzenia, jakim miało się stać. Przez krzyk, płacz i gwar dzieci przebijają się pukanie, stukanie i pomruki, a zwabiony na strych jeden z synów, najpierw tłucze sobie nieprzyjemnie kolano, a dzień później zapada w tajemniczą śpiączkę. Nie jest to jednak koniec tragedii dla rodziny Lambertów, a prawdziwy horror dopiero się zaczyna. No dobra, może z tym prawdziwym horrorem to trochę przesadziłem, bo dość klasycznie jest jedynie na początku, a im dłużej pozostajemy z „Naznaczonym”, tym bardziej odchyla się od pewnych standardów. Pojawiające się jak w zegarku kolejne widy i przewidzenia, które znikają, zaraz, gdy spojrzy w ich kierunku więcej niż jedna osoba, nie straszą za sprawą charakteryzacji, która prezentuje się raczej przeciętnie, czy też niezwykłości lub budowanego napięcia. Wszystko, co ma nasz wystraszyć, pojawia się w akompaniamencie przejmującej muzyki, która niespodziewanie i z pełną mocą eksploduje z siłą granatu, by poranić nasze bębenki na tyle dotkliwie, że nie sposób przegapić momentu, w którym mieliśmy być zdjęci grozą. W takiej sytuacji wzdrygnie się nawet ktoś, kto na horrorowe zagrywki jest całkowicie odporny. Mimo tak prostych, że niemal prostackich chwytów „Naznaczony” rozgrywa to w taki sposób, że nadal sprawia wrażenie filmu na poważnie i trudno odmówić mu pewnej powagi.


Naszym przekonaniem czy, aby na pewno mamy do czynienia ze zwykłym horrorem, może zachwiać scena, w której z pomocą młodemu małżeństwu przybywa ekipa ghostfacers w stylu świadków Jehowy, którzy tak trącą kiczem i amatorszczyzną, że dałbym sobie niemal rękę uciąć, że film zacznie być od tego momentu kiepskim żartem. „Naznaczony” nadal jednak ma w sobie takie części składowe, które trzymają produkcję na właściwym torze i groteska, jaka zaczyna się powoli sączyć to z jednej, to z drugiej strony, jest sprytnie utrzymywana w rydzach, nie pozwalając w żaden sposób wpłynąć na klimat, który mamy od początku. Nie wiadomo, w jakim stopniu wynika to ze śmiertelnie poważnego i profesjonalnego podejście aktorów, obsadzających główne role, a ile w tym było celowego zabiegu samego reżysera. Nawet w momencie, gdy pomagające rodzinie medium zakłada na twarz maskę przeciwgazową, by porozumieć się z niematerialnym bytem zagrażającym Daltonowi, trudno było mi to wyśmiać, mimo że wyglądało i brzmiało to dość absurdalnie.


James Wan „Naznaczonego” traktuje jak pole do drobnych eksperymentów, z jednej strony czerpie garściami z pudła z cudownościami kina grozy. Mamy wielki nawiedzony dom, nieprzyjemną straszą panią, demona przyklejonego w kącie pod sufitem, krwawe odciski na prześcieradle, pogromcy duchów i dziecko, na które czyhają siły nieczyste, brakuje jedynie mięsnych ozdobników i czerwonej brei, ale w tym przypadku chwała mu za to. Bez problemu można obdarować tym wszystkim po kilka filmów. Ukłony w kierunku klasyki zdają się jedynie przykrywką dla innych zagrań, stara się on bowiem przemycić nieco niestandardowych rozwiązań takich jak wprowadzanie fajtłapowatych pomagierów czy z przeniesienia nas z domu na amerykańskich przedmieściach do pałacyku umeblowanego w stylu wczesnego Draculi gdzieś w innym wymiarze. Wan jednak bawi się z materiałem na tyle zgrabnie i z szacunkiem, że nawet tak poważnie brzmiące odchyły pozostawiają film od początku do końca na tym samym poważnym poziomie. „Naznaczony” dodatkowo tworzy zgrabne połączenie horroru z innej epoki, w którym efekty i charakteryzacja cofnęły się do czasów, gdy rządziła guma, z drobnymi współczesnym found footage.

Twórcy pierwszej „Piły” należy się pochwała za coś jeszcze. Pomimo niskiego budżetu, jaki miał do dyspozycji stworzył film o porządnym klimacie i pełnym klasycznych nawiązań, świetnie w ten sposób tłumacząc momentami dające z daleka tandetą efekty. Dzięki żonglerce z pomysłami tworzy coś, co nie jest schematyczne, od czego trudno się oderwać, bo do końca nie wiadomo czy skończy się jedynie na podróżach między wymiarami, a może w kolejnej scenie zobaczymy kolejny klasyczny element, może coś zupełnie nie z tego świata czy gatunku.





Gabinet Strachu #16 - Lustereczko, lustereczko...

Gabinet Strachu #16 - Lustereczko, lustereczko...

Alicja, za pomocą swojego lustra przechodziła do Krainy Czarów, a Zła Królowa swoje wykorzystywała do badań rynkowych, by koniecznie dowiedzieć się, kto jest najpiękniejszy na świecie. Mimo że obie korzystały z podobnego wyposażenia wnętrz, to z całą pewnością, żadna z nich nie chciałby mieć do czynienia z taki podłym i strasznym zwierciadłem, z jakim przyszło zmierzyć się rodzeństwu Russellów. Starcie z dzieciństwa jednak nie rozwiązało sprawy do końca i o wiele starsi bohaterowie, muszę ponownie stanąć do nierównej walki z kawałkiem szkła w pięknej ramie z czarnego cedru. Czy tym razem uda się doprowadzić im sprawy do końca?

Wśród horrorów można z łatwością wyszczególnić kilka ich odmian, do najpopularniejszych należą wszystkie filmy, w których głównym wątkiem jest opętanie przez siły nieczyste, klasyczne ghost-story z nawiedzonym miejscem jak np. opuszczony dom, powodujące mdłości slashery, w których nie liczy się straszenie, a litry przelanej juchy i rozczłonkowane ciała. Do tej kolorowej zbieraniny dodałbym filmy, które z braku lepszego określenia nazwać można mindfuckerami. Taka właśnie próbowała być trochę druga „Piła” bądź będący ostrzeżeniem o zgubnych konsekwencjach eksperymentowania z grzybkami „Shrooms” czy w końcu „Sinister”. I chociaż z pewnością pośród stert nieobejrzanych jeszcze filmów istnieje cała masa takich podczas oglądania których człowiek albo rozkłada ręce w bezradności, nie widząc wytłumaczenia dla tego, co widział albo z rozdziawioną gębą nie może uwierzyć, że ktoś wszystkim tak zakręcił, to „Oculus” pod tym względem wysuwa się na prowadzenie, bo zamiast subtelnie się bawić i podsuwać nam pod nos raz łatwiejsze raz trudniejsze do odnalezienia wskazówki, postanawia od samego początku dorzucić do pieca i zrobić nam pełnoprawne pranie mózgu.


Tim Russell z okazji swoich 21 urodzin opuszcza ośrodek, w którym dołożono wszelkich starań, aby po makabrycznych wydarzeniach z dzieciństwa, zachował swoje zdrowie psychiczne. Godzi się z on z faktem, że w obronie swojego życia zmuszony został do zabicia ojca i może on w końcu rozpocząć normalne życie. W takich chwilach wsparcie najbliższych jest nieocenione, a jedyną rodziną, jaka Timowi została, jest jego siostra. Kaylie jednak, zamiast wyciągnąć do brata pomocną dłoń, chce zniweczyć wieloletnią pracę psychiatrów i za wszelką cenę pragnie udowodnić młodszemu bratu, że za wszystkie ich nieszczęścia odpowiedzialne są siły paranormalne, a dokładnie bardzo stare lustro. Dziewczyna jest zafiksowana na punkcie antyku do tego stopnia, że rzuca w jego kierunku prowokujące teksty w stylu komiksowych superbohaterów, a widza zastanawia czy czasem nie przegapił jakiejś poprzedniej części, bo między elementem domowego wystroju a główną bohaterką jest wyraźna więź i burzliwa przeszłość. Korci, żeby zacząć zadawać pytania, co się stało, a na odpowiedzieć, czekać wcale długo nie musimy, bo wszystko zaczyna nam się wyjaśniać dzięki coraz częściej pojawiającym się retrospekcjom, prowadzonym równolegle z właściwą historią.

„Oculus” z łacińskiego oznacza oko, a w architekturze, nazywany jest w ten sposób okrągły niezamykany otwór, przez który do budynku przedostaje się światło. Wiedząc jednak, że mamy do czynienia z horrorem ciężko spodziewać się, że z naściennego lustra do przedpokoju zaczną wyskakiwać jednorożce, króliczki i pięknie śpiewające ptaszki. Misternie rzeźbiony portal staje się więc bramą dla wszelkiego rodzaju paskud, straszydeł i maszkar? W zasadzie to nie zupełnie. Mike Flanagan od klasycznych rozwiązań nieco się odcina i postanawia część z nich nieco zdemaskować. Zło czyhające na rodzeństwo po drugiej stronie lustra nie przyjmuje bowiem konkretnego kształtu i postanawia, z dzieciakami zabawić się o wiele subtelniej, mieszając im w głowach i to na tyle mocno, że oglądając film sami, możemy się zastanawiać, co jest jeszcze prawdą, a co fatalnym w skutkach widem. Lustro, gdyby mogło, zacierałoby pewnie ręce i śmiało się szyderczo z rodzeństwa, oglądając, jak biedni szamotają się po swoim rodzinnym domu, nie wiedząc, co tak właściwie się dzieje, lecz może ono jedynie wisieć na ścianie i w sumie tyle wystarczy.


Flanagan, zamiast bezmyślnie straszyć i odgrzewać po raz kolejny te same pomysły, buduje atmosferę, może nie do końca mroczną czy nieprzyjemną, ale pełną niepokoju, która rozbrzmiewa w uszach się niczym cisza przed burzą. Z każdym krokiem zbliża się do wybuchowego punktu kulminacyjnego, który nie następuje, ale oczekujemy go i spodziewamy się, że już wkrótce nastąpi. Zamiast straszących wykrzywionych i pokiereszowanych masek z gumy, mamy ciągle powracające i nurtujące nas pytanie, czy to się dzieje na serio, czy to tylko kolejne przewidzenie. Innym plusem „Oculusa” są główni bohaterowie, a byli tacy przynajmniej w pierwszej połowie filmu. Chociaż Kaylie, z jej zaczepkami w stylu tanecznych bitew ze „Step Up” budzi politowanie, później zaczyna punktować swoim niezwykle profesjonalnym podejściem do zdemaskowania paranormalnych zjawisk. Przygotowana na każdą ewentualność bije na głowę wszystkich tych, którzy schodzą do piwnicy, by walczyć z duchami, będąc uzbrojeni jedynie w latarki czy baseballa. Nieco mocniej po ziemi stąpa jej brat, który mimo skrupulatnego przygotowania siostry, jest w stanie w rozsądny sposób logicznie wypunktować dziewczynę wraz z jej listą "dowodów". To starcie wiary w niezwykłe rzeczy z racjonalnym myśleniem było czymś, czego tak bardzo brakuje w tego typu filmach. Kolejnym świetnym zagraniem ze strony reżysera, było pokazanie, co może się dziać, gdy widz „nie patrzy”. Gdy w pokoju wszystkie przedmioty zostały poprzestawiane, nagranie z kamer pokazuje, że zrobili to sami bohaterowie, nie będąc tego świadomymi, wypowiadając kwestie, które sami słyszeliśmy od nich przed chwilą. Chylę czoła i biję brawo, bo w ten sposób widz sam coraz mocniej zostaje wkręcony w grę halucynacji z rzeczywistością.

Jednak chyba nigdy nie może być zbyt idealnie, bo film wykłada się nieco w momencie prowadzenia podwójnej narracji. Obie historie miały w sobie wystarczająco dużo materiału na oddzielne filmy, jednak samo połączenie wydarzeń z „teraz” z tymi z dzieciństwa było rozwiązaniem wciągającym widza i zmuszającym go do obserwacji. Początkowo obie historie sprawnie się przeplatały i podążały właściwymi sobie torami, to jednak im dalej w film, tym bardziej wątki łączyły się ze sobą już do tego stopnia, że bohaterowie obserwowali siebie z przeszłości, a przy szybkich sekwencjach można było pogubić się w rozeznaniu, co, zamiast dodawać smaczku, najzwyczajniej irytowało i drażniło. Cała reszta jednak broni się na tyle sprawnie, że trzeba przyznać Flanaganowi, że zrobił on naprawdę przyjemnie oglądający się film.



poniedziałek, 20 listopada 2017

Gabinet Strachu #15 - Druga młodość obrzydliwości

Gabinet Strachu #15 - Druga młodość obrzydliwości

W 1981 roku Sam Raimi zapisał się na stałe w historii kina grozy, kiedy to na ekranach pojawiło „Martwe Zło”, które stało się filmem kultowym. Właśnie takie filmy w ostatnich latach dotyka moda na wszelkiego rodzaju rebooty, remake czy prequele, które mają wnieść do tytułów nową młodość i świeżość, a za sprawą współczesnej technologii i efektom specjalnym dodać jeszcze więcej... ciężko powiedzieć czego, bo nie zawsze to wychodzi. W tym roku Piła dostała swoje „Dziedzictwo”, Samara powraca w „Rings”, a laleczka Chucky zyskuje swój własny „Kult...”. Parę lat wcześniej dostaliśmy nowe „Coś”, „Friday 13th”, oraz „A Nightmare on Elm Street”. Podsumowując, modzie podlega każdy i nawet martwe zło, chce poczuć się znów piękne i młode.

Spośród wymienionych tytułów „The Evil Dead” na odświeżenie zasługiwało najbardziej. Młody Raimi mając w głowie swoją piekielną wizję, nie zniechęcił się kiepskimi warunkami i środkami, w jakich przyszło mu pracować. Miał on do dyspozycji budżet wynoszący 375 tys. dolarów, podczas gdy takie „Coś” miało rok później startowy budżet w wysokości około 15 milionów. Chęci, zapał, trochę sprzętu i wsparcie znajomych wystarczyło na stworzenie kiczowatego, ale przy tym niezwykle szalonego, dynamicznego i ciekającego krwią okrutnego kina. W przypadku tak podstawowej rozrywki, jaką mają dostarczać filmy gore, wydawać by się więc mogło, że jakiekolwiek odświeżenie w tym przypadku ograniczać się będzie jedynie do poprawienia wizualnej jakości. Wielu jednak z pewnością trzęsło się z niepokoju, gdy na reżyserskim stołku zasiadł w pełnometrażowym debiucie niezbyt znany Urugwajczyk Fede Alvarez i jedynym co mogło ich podnosić na duchu to fakt, że nad jego pracą czuwali Raimi oraz Bruce Campbell. Wbrew pozorom zabieranie się za proste rzeczy wcale nie oznacza, że się czegoś nie zepsuje i chociaż na ekranie zabrakło odważnego i niepowtarzalnego Ash’a to początkujący Alvarez dał sobie świetnie radę.


Grupa młodych ludzi trafia do opuszczonej chatki, gdzieś w odludnym lesie. Jeżeli jakikolwiek opis rozpoczyna się tymi słowami, to już jasne jest, w jaki sposób to się skończy. Oczywiście wśród obozowiczów mamy klasyczny zestaw postaci: jest przystojniak, nerd w okularach, nieśmiała i cichutka blondyneczka, która wolałby być na oazie niż w rozsypującej się chacie gdzieś pośrodku niczego, oraz pyskata niedojrzała laska wyglądająca na ćpunkę. No i w sumie to ostatnie się zgadza, bo właśnie z powodu problemów, jakie przechodzi Mia, wszyscy znajdują się w tak urokliwym miejscu. Brat oraz jej najbliżsi przyjaciele postanawiają pomóc dziewczynie w przetrzymaniu narkotykowego głodu i wyjścia na prostą. W niemym porozumieniu postanawiają on, że nie zawahają się nawet przed przetrzymaniem przyjaciółki siłą nawet wbrew jej woli. Zadanie oczywiście nie jest proste i wcale nie ułatwia go fakt, że w piwnicy, ktoś urządził sobie bardzo przytulne gniazdko. Martwe koty zwisające z sufitu niczym kolorowe łapacze snów i dzwoneczki, nie były wystarczającym ostrzeżeniem dla zespołowego intelektualisty, który postanawia dokładnie przyjrzeć się znalezionej tam tajemniczej księdze. Niech przyzna się każdy, kto z ciekawości nie zajrzałby do środka, aby sprawdzić, co znajduje się w obwiązanym drutem kolczastym i oprawionym w ludzką skórę demonicznym tomiszczu. Mnie aż świerzbiłyby palce na samą myśl o takiej możliwości. Nie ma więc nawet co winić Erica, że przypadkowo wypowiada on zakazane słowa (a napisy ludzką krwią wyraźnie mówiły, że nie wolno), które budzą martwe zło.

Wyraziste i głębokie postaci? Zdecydowanie nie. Wytrwałe i staranne budowanie napięcia? Prawie żadne. Tym się jednak nikt nie powinien przejmować, bo myślą przewodnią filmu jest jak najbardziej paskudne i bardziej wymyślne uśmiercanie kolejnych bohaterów operując przy tym litrami sztucznej krwi. Dlatego też szybko zapominamy o przeklętej księdze, bo głównymi rekwizytami stają się potłuczone lustro, pistolet do gwoździ czy elektryczny nóż do mięsa. Wszystko to doprawione jest demonicznym głosem z głębi przepony oraz dna piekieł i polane zostaje imponujących rozmiarów krwawą breją. Mimo takiej oprawy nie jest to jednak zwykły bezmyślny, krwawy slasher, który tak stawia na wywołanie u oglądających odruchu wymiotnego albo przynajmniej odwrócenia wzroku, że zapomina o budowaniu jakiegokolwiek napięcia. Alvarez dba o odpowiedni klimat i tło całości. Opuszczona chatka nie jest raczej miejscem, gdzie chcielibyśmy spędzić popołudnie, a co dopiero całą noc, a jakby tego było mało, umieszczona jest w cudownie zamglonym lesie, w którym jak w domu czułyby się najgorsze fantazje i koszmary Lovecrafta. Mimo że straszenie i budowanie napięcia z pewnością nawet nie przeszło przez myśl Urugwajczykowi, to takiej lokacji może pozazdrościć mu nie jeden reżyser.


Jak przystało na bohaterów horroru, postaci nie są zbyt ogarnięte, nie prezentują sobą zbyt ciekawej historii i w sumie nie ma się co dziwić w przypadku kogoś, kto zaraz mniej lub bardziej dotkliwie zostanie poszatkowany. Tutaj nie jest inaczej. Wyjątek stanowi jednak Mia, będąca jednym z najlepszych opętań, jakie w ostatnich latach widziało kino. Świetna szaleńcza gra Jane Levy oraz świetna subtelna i dobitna zarazem robota charakteryzacji łączącej w sobie coś z Samary i trochę z Regan w doskonale wyglądającej współczesnej jakości.

Alvarez stanął przed zadaniem dość trudnym. Mimo że założenia filmu były banalne, to jednak i w takich sytuacjach można wszystko zepsuć i przeinaczyć. Współczesna moda na rebooty i remake nie jest też wcale „cudownym darem” dla fanów, bo zazwyczaj za nowymi wersjami idzie poprawa jakości wizualnej, za sprawą cyfrowego postępu, jednak całkowicie zapomina się o jakości pod kątem klimatu czy historii. Reżyserowi jednak należy się jak najlepsza nota, bo współczesne „Martwe Zło” jest czymś, co z pewnością długo będzie mieściło się w czołówce horrorów, może nie ma co rywalizować z klasykami, to jednak deklasuje większość współczesnych straszydeł. Piszę to jednak z perspektywy współczesnego miłośnika takich klimatów, lecz i wielcy fani znajdą coś dla siebie. W filmie wiele jest nawiązań do oryginalnej wersji, takich jak płynąca po lesie kamera z perspektywy demona czy piła mechaniczna, oczywiście w kolorze krwawej czerwieni.



Copyright © 2016 Redaktor Ego , Blogger