Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seriale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seriale. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 czerwca 2018

#Popkulturalni #1: Zagubieni w Kosmosie (2018)

#Popkulturalni #1: Zagubieni w Kosmosie (2018)



Redaktor Ego: Nieważne czy chodzi o odległą galaktyk, ciemną stronę Księżyca, czy o stację kosmiczną zawieszoną gdzieś w naszym układzie...zasady obowiązują dwie. Po pierwsze, nikt w kosmosie nie usłyszy Twojego krzyku. Po drugie, po opuszczeniu naszej orbity, może wydarzyć się dosłownie wszystko. Twory spod znaku science fiction miały z założenia przedstawiać pewną prawdopodobną wersję przyszłości ukazując, w jaki sposób przypuszczalnie rozwinie się technologia i jaki wpływ będzie miała ona na człowieka i społeczeństwo. Gatunek snuł opowieść o pewnym marzeniu lub pod płaszczykiem postępu komentował współczesne problemy. Słowo „science” w gatunkowej nazwie miało w pewien sposób trzymać w ryzach twórców i wyznaczać pewne logiczne ramy dla ich dzieł. Z czasem jednak, w dużej mierze pod wpływem pędu za rozrywką, gatunek stracił trochę na pierwotnym znaczeniu i znacznie poszerzył swoją „definicję” i ostatecznie stał się po prostu fiction-fiction. Tym oto sposobem na jednej półce obok książki w dokładny sposób opisującej napędu statku kosmicznego (a w zrozumieniu go pomógłbym doktorat z fizyki kwantowej) znaleźć możemy film o inwazji panującego nad czasem i przestrzenią szalonego tytana, którego próbują powstrzymać wspólnie superżołnierz na sterydach, nordycki bóg, gadające drzewo i czarodziej. „Entuzjaści” gatunku zaczęli oczekiwać w dużej mierze fajerwerków. Dlatego od pewnego czasu wszystko oznaczone gatunkiem „sci-fi” postrzegam trochę jako odwróconą fantasy (zamiast quasi średniowiecznego świata odległe planety, a z resztą róbcie, co tylko chcecie). Jeżeli ktoś tworzy opowieść o tym, jak naprawdę może wyglądać przyszłość, chylę czoła. Jeżeli natomiast kogoś ponosi wyobraźnia i tworzy baśń w kosmicznych realiach, to zawsze mogę liczyć na piękne obrazki i nietypowe pomysły. Nowy serial Netflixa bardzo przypomina swoich bohaterów. Oni zagubili się w kosmosie, a sam serial pobłądził chyba gdzieś między gatunkami i sam nie wie, na której półce chciałby tak naprawdę usiąść.


Gocha: O samym serialu osobiście dowiedziałam się od kolegi, który cały podekscytowany wysłał mi zwiastun i powiedział, że dobrze się zapowiada. Okazało się, że on widział film, który powstał w 1998 roku o tym samym tytule. Ja pierwowzoru nie oglądałam, chociaż wydaje mi się, że fragmenty kojarzę. Po trailerze serial wydawał mi się obiecujący i po obejrzeniu 10 odcinków nie jestem nim zawiedziona. Nie spodziewałam się arcydzieła. Serial określiłabym jako „miły”. Miły dla oka, miły dla duszy, miło mi się oglądało i miłe wrażenie po sobie pozostawił. Gra aktorska nie powala na kolana. Aktorzy ani mnie nie zachwycili, ale też mi nie przeszkadzali. Co do głównego antagonisty w serialu to porównałabym ją do profesor Umbridge z Harry’ego Pottera. Ta postać mnie tylko denerwowała, nie były charyzmatycznym wrogiem, tylko wkurzającą do granic możliwości postacią. Ja mam słabość co do bohaterów, którzy są kreowani na typowych śmieszków, więc od razu polubiłam Dona, który zaprzyjaźnił się z kurą.

Wojtek, wspomniałeś o tym, że serial pobłądził między gatunkami, zgadzam się z tym, ale nie uważam tego za wadę. „Zagubieni w kosmosie” to ewidentnie serial familijny, dla całej rodziny. Przekleństwa mogę policzyć na palcach jednej ręki, a nagości i erotyki nie było wcale. Jeśli ktoś się spodziewał czegoś w rodzaju Star Warsów lub Star Treka, to oczywiście może poczuć zawód. Serial obejrzałam dość sprawnie, były momenty znudzenia i troch mi się dłużyło, ale zazwyczaj oglądałam go z ciekawością.


Czarek: Moim poglądom na temat Kosmicznych „Lostów” bliżej do Wojtka, chociaż nie powiedziałbym, że twórcy zgubili się między gatunkami, a raczej, pogubili się w granicach dopuszczalności – według mnie Netflix totalnie leci ze skrajności w skrajność. Może to dosyć niespodziewane porównanie, ale „screw it”! W przypadku „Alterned Carbon” przekraczano granice przyzwoitości. Było za mocno, za ostro, za odważnie (tak tak, o właśnie te sceny mi chodzi), chwilami zbyt brutalnie. Sceny niejednokrotnie waliły po oczach widza nie do końca przygotowanego na takie ekstremalne ukazywanie pewnych aspektów. W przypadku „Zagubionych w kosmosie” jest odwrotnie, po części zgadzam się z Gosią, tak gdzieś w 50%... no może 45%. Faktycznie, serial jest po prostu miły. Jesus! Za miły! Przesłodzony do granic wytrzymałości. Ostatni raz mdliło mnie tak w tłusty czwartek. Ta słodycz i niewinność serialu sprawiła, że straciłem orientację czy oglądam wciąż Netflixa, czy nową produkcję Disney Channel. Tam ostatnim razem, bodajże w gimnazjum, widziałem tak infantylnych bohaterów. Tutaj w ostatnim odcinku krzyczałem w stronę każdego stwora na ekranie: „No zabij ich w końcu!”. Do końca serialu wytrzymałem ze względu na oczekiwania, że postać, która namąciła niezmiernie w życiu naszych małych odkrywców, dostanie zasłużoną karę, jak na dziecięce kino przystało. Źli dostają za swoje, bohaterowie przeżywają nawet wybuch w kosmosie i wszystko kończy się dobrze. Prawie. Kolejny powód, który trzymał mnie przy monitorze, to możliwość powiedzenia co myślę o najnowszym serialu science-chyba-fiction od Netflixa. To był raczej sztandarowy przykład klasycznego kina familijnego, wracając do mieszania gatunków.

Redaktor Ego: Na początek dość sprawnie udało nam się coś ustalić. Jest słodko i miło. Nie uznałbym tego jednak za wadę. „Zagubieni w Kosmosie” jako serial nie miał na celu wdarcia się na listy najbardziej zaskakujących tytułów. Zresztą kategoria wiekowa 7+ była wyraźnym ostrzeżeniem. W takiej sytuacji już przed oglądaniem każdy powinien zadać sobie bardzo ważne pytanie. Czy chcecie obejrzeć kino sci-fi wysokich lotów, w którym logika i techniczna realizacja są równie ważnym elementem co napisy końcowe? W takim razie wszystkie wyjścia ewakuacyjne oznaczone są na zielono. Przeciążenia w czasie oglądania kolejnych odcinków mogą być zbyt duże. I nie chodzi tutaj tylko o igraszki z prawami fizyki, ale również o fatalne błędy realizacyjne, które wręcz rzucają się w oczy. Jeżeli jednak chcecie obejrzeć lekkie kino familijne... zapraszam na pokład, jednak bez turbulencji się nie obejdzie. Naprawdę próbowałem obudzić swoje wewnętrzne dziecko, niestety niezależnie jak długo je szturchałem kolejnymi odcinkami, w poszukiwaniu jakichkolwiek znaków życia, na niewiele się to zdało.

Na pierwszy rzut oka wydaje się oczywiste, że serial zamierzał zabawić się w łączenie pewnych znajomych elementów. I właśnie to przekonało mnie do „Zagubionych w kosmosie”. Zapewne nieprzypadkowo bohaterami są akurat Robinsonowie, którzy rozbijają się na bezludnej planecie. Szybko znajdują oni swojego zrobotyzowanego Piętaszka, który nie jest zbyt rozmowny, ale za to bardzo pomocny. Wyeksponowana przyjaźń chłopca i robota w pierwszej chwili wydaje się ukłonem dla „Stalowego Giganta”, przy którym nie wstyd płakać. Bohaterowie zaś przypominali nieco rodzinę Szalinskich z „Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki”, którzy mimo kłótni zawsze znajdowali rodzinną siłę do pokonywania wszelkich przeszkód. Było to jedynie pozory. Mimo sympatii do każdego z prawdopodobnych nawiązań, w serialu nie mogłem znaleźć dla siebie żadnego punktu zaczepienia mogącego solidnie mnie zainteresować. Rodzinne perypetie były byle jakie, bezimienny robot, był równie ciekawy co sklepowy manekin. Nawet zagrożenia czyhające na bohaterów były pozbawione kreatywności (stalagmity z guano? Naprawdę?). Dlatego jedynym co mi zostało to wyliczanie kolejnych potknięć w realizacji, których ilość (jak na dzisiejszą produkcję) była wręcz szokująca.


Gocha: Widzę, że obaj jesteście na „nie”. Nie wiem, jak duża jest wasza niechęć do tego serialu, ale pewnie niedługo się tego dowiem. „Zagubieni w kosmosie” faktycznie przypomina produkcje Disneya, ale gdy sobie tak go oglądałam, to się nie męczyłam. Nie ukrywam, że obejrzenie go było moją ucieczką od pisania licencjatu i może dlatego mam obniżone standardy. Nie dostrzegłam wielu błędów, przez które mogłabym być negatywnie nastawiony, ale jestem otwarta na przekonanie mnie, że jestem w błędzie. Jedyne co przyznaje, że mnie dziwiło to bardzo prymitywna technologia jak na przyszłość. Oczekiwałabym czegoś więcej, a dostałam coś w rodzaju walkie-talkie na nadgarstku. Szkoda, bo mieli pole do popisu i nie wykorzystali szansy. Ja nie miałam żadnych oczekiwań, zaczynając ten serial i ewidentnie wyszło mi to na dobre. A teraz jestem gotowa na wasze wytykanie wad. Bądźcie chociaż trochę łaskawi, bo może dzieciom się serial spodoba.

Czarek: Podoba się z pewnością. Problem w tym, że jest mocno przesadzony. A szkoda, bo przynajmniej na początku wydawał się naprawdę interesujący. Mocno dramatyczne początkowe wypadki, pierwsze poważne zagrożenie życia, które spotkało Judy, nadało silnego tonu i zapowiadało, że eksploracja kosmosu przez bohaterów nie będzie spacerem po parku. Całe „szczęście” wszystko w cudowny sposób zostało naprawione, a postacie wyszły z opresji. I wtedy zacząłem się bać, że tak będzie co odcinek. Budowanie napięcia, kreowanie poważnego zagrożenia bez możliwego happy endu, a na koniec mimo wszystko cudowne ocalenie w akompaniamencie wesołej orkiestry. Co za dużo to nie zdrowo. Fajnie, gdy wszystko dobrze się kończy, ale niech ten szczęśliwy koniec będzie, choć odrobinę nieprzewidywalny, a historia i rozwiązania, choć delikatnie trzymające się kupy i logiki. Chociaż przesłodzenie historii i tak nie jest najdłuższym minusem, który został tu popełniony. Największą ujmą i plamą produkcji są bohaterowie. Nie są, co prawda sztywni, zamotani czy niesympatyczni. Są po prostu głupi. Ich głupota, ich naiwność są po prostu porażające. Skoro takich ludzi wybierano do podróży na podbój kosmosu, to nasza rasa zmierza ku upadkowi. Ilość razy, gdy postacie dały się zrobić w balona, idzie chyba w tuziny. A to nie jest coś, co przyciąga do ekranu. To coś, co męczy psychikę.


Redaktor Ego: Nie powiedziałbym, że postaci, jakie widzimy na ekranie, są głupie. Bohaterowie stwarzają takie wrażenie ze względu na schematyczność sytuacji, w jakich się znajdują. Każdy odcinek opiera się o banalną konstrukcję inaugurowaną ceremonialnymi słowami „zostańcie tutaj, my sobie poradzimy”. Potem ktoś ma problem, nikt inny o tym nie wie, a gdy wszystko wskazuje, że nie będzie szczęśliwy, wyjściem z fatalnej sytuacji okazuje się banalne rozwiązanie (o którym nikt oczywiście nie pomyślał wcześniej). I tym oto sposobem „zaspoilerowałem” chyba cały sezon... Wejście w taki szablon było fatalnym pomysłem i oznaką lenistwa.

Oczywiście całkowicie rozumiem, że film czy serial familijny zasługuje na nieco inne traktowanie. Bajkowa konwencja zakładająca szczęśliwa zakończenia nie powinna nikogo dziwić. Jednak nawet „Shrek” czy „Epoka Lodowcowa” (z resztą możecie tu wstawić każdą dowolną kinową animację) miała momenty, w których chciało się smutnym głosem wymruczeć „Do you really want to hurt me?”. Chwycenie widza (nieważne czy dorosłego, czy dziecka) za serce nie opiera się na jakimś supertajnym rządowym przepisie, bo kinowe bajki robią to za każdym razem. Wystarczyło przecież kilka ujęć i na „Odlocie” płakał każdy. Wrzuceni w powtarzający się co odcinek schemat bohaterowie mają ograniczone możliwości, a aktorzy po prostu wykonują swoją pracę rzemieślniczo, nie próbując nadać swoim postacią nawet najmniejszej głębi. Szkoda, bo dziesięć godzin serialu dawało przecież mnóstwo narracyjnych możliwości.


Gocha: Wydaje mi się, że problem polega na tym, że jest to produkcja Netfliksa. Gdyby serial pochodził od CW lub Freeform mielibyście inne odczucia. Zaczęliście z wysokimi wymaganiami dlatego, że zobaczyliście Netflix Original i z góry założyliście, że musi mieć wyższy poziom. Netflix w tym roku wyprodukował dziesiątki propozycji, a w nich muszą być te niesamowite, te średnie i te całkowicie słabe. „Zagubieni w kosmosie” wg mnie klasyfikuje się do tej średniej. Jeśli pojawi się na horyzoncie drugi sezon, to go prawdopodobnie obejrzę. Czy go będę polecać moim znajomym? Raczej nie, dlatego, że o nim po prostu zapomnę. Widziałam produkcje o wiele lepsze, ale też znacznie gorsze. Tak jak mówiłam na początku, to miły serial i tyle. Nic dodać, nic ująć.

Czarek: Coś w tym jest Gosiu, ranking jakości Netflixa zazwyczaj trzyma swój pracowicie wyrobiony poziom, buble są niezwykłe rzadkie. Dlatego przez tak gruby pryzmat patrzymy na wszystko, co ta platforma nam zapoda. Nie chcemy nawet patrzeć na cokolwiek co już po pierwszym odcinku odstaje od pewnych norm które mamy ustawione w głowach. Tak jest i w przypadku seriali, które trzymają poziom górne półki, ale i niestety w przypadku filmów, które zjeżdżają poniżej mułu rzecznego. W tym drugim przypadku, kiedy coś wybija się ponad dno, rośnie w oczach do miana dzieła. Gdy serial ma drobną rysę, ląduje w śmietniku. Przynajmniej dla większości. W moich oczach „Zagubieni” mieli duży potencjał. Pierwszy odcinek zrobił robotę przez klimat, tajemnice, zagrożenie, akcję, która trzymała za jaja do samego końca. Jednak na tym koniec. Potem zaczęły wychodzić wszystkie niedorzeczności, niedobory, i głupotki (celowe zdrobnienie w przypadku tej produkcji). Naiwność (Wojciech, będę się trzymał tego stwierdzenia) głównych bohaterów nie ułatwiała zadania, polegającego na wystawieniu dobrej oceny serialowi. Okazało się to niewykonalne w momencie, gdy zacząłem go oglądać na siłę. Poirytowany. I najzwyczajniej w świecie — zmęczony.


Redaktor Ego: To o czym mówisz, jest chyba największym (i przypuszczam, że jedynym) minusem oglądania genialnych produkcji. Każdy kolejny tytuł ma naprawdę wysoko podniesioną poprzeczkę. Przed jeszcze większym wyzwaniem stoją producenci i wytwórnie, które na swoim koncie mają już prawdziwe perełki. Dlatego przed rozpoczęciem czegoś nowego (czy to książki, czy filmu) trzeba trochę tę poprzeczkę obniżyć i to dla własnego dobra. „Zagubieni w Kosmosie” to dość naiwny serial familijny, którego bohaterowie wpadają, w coodcinkowy układ taneczny rozpoczynający się od wpadnięcia w szambo po rodzinny reunion i oczyszczenie atmosfery, by po kolejnych napisach wszystko powtórzyć. Czy coś takiego musi od razu odpychać? Myślę, że w takim stylu nie ma nic złego, a może być nawet wiele dobrego. Niestety z serialem Netfliksa problem jest taki, że do tego nawet się nie przyłożono. Bohaterowie nie wychodzą poza płaskie narzucone na początku osobowości. Sam serial jak na sci-fi swoją scenerią niepokojąco przypomina obrzeża Kanady, a nie odległą planetę. Niewiele więc zobaczymy odbierających mowę scen pokroju Avatara, Valeriana czy chociażby The Expanse, w którym kosmiczna pustka całkowicie przygniatała (tak wiem, że dwa pierwsze to filmy, ale przecież piękne w warstwie tworzenia kolorowego świata). Najbardziej bolesny jest natomiast fakt, że oglądając rozwijająca się znajomość Willa i jego robota, w mojej głowie raczej próżno nasłuchiwać intra z „Przyjaciół”. Kto mógłby się dobrze bawić przy oglądaniu „Zagubionych w Kosmosie”? Przy familijnym popołudniowym lenistwie zdecydowanie lepszym wyborem byłyby disneyowskie animacje, które poza dobrą zabawą za każdym razem sięgają równie sprawnie do innych emocji. Silną grupę wsparcia powinni natomiast tworzyć ci, którzy oglądali i czują pewien sentyment do serialu z lat 60 czy filmu z roku ‘98. Wątpię jednak, czy i tutaj frekwencja dopisze, bo niezbyt duży nacisk położono na reklamowanie, że serial sięga do tytułu sprzed ponad 50 lat. Z całą pewnością obejrzałbym wcześniej oryginał i może na sam serial spojrzał zupełnie inaczej. Niestety — nie udało się.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Egoistyczny przegląd seriali 2017

Egoistyczny przegląd seriali 2017


Tak, tak. Doskonale zdaję sobie sprawę, że czas na wszelkiego rodzaju podsumowania, przeglądy i rankingi zeszłorocznych osiągnięć i doświadczeń już minął. Pomimo kolejnych niezręcznych sytuacji nie jestem w stanie wyrzec się odkładania wszystkiego na później i w końcu moja prokrastynacja osiągnie poziom tak zaawansowany, że następnym jej etapem będzie wiara w reinkarnacje i przekonanie, że wszystko zrobię w kolejnym życiu. Z drugiej strony ciężko porzucać mi pomysły, które mi się spodobały. Dlatego też, gdy wszyscy myślą i żyją zbliżającą się oscarową galą. Ja cichutko i nie narzucając się nikomu, dokonam małego, egoistycznego przeglądu najlepszych seriali, jakie oglądałem w ubiegłym rok.

Odejdź od tego komputera, bo zgłupiejesz – Black Mirror (Sezon 1,2,3,4)


Gdy podczas oglądania „Black Mirror” przypominałem sobie powtarzane przez rodziców słowa, coraz bardziej zdawałem sobie sprawę, że drastyczne zmniejszenie ilorazu inteligencji nie jest najgorszym scenariuszem, jaki może spotkać człowieka z powodu nadużywania technologii. Kolejne odcinki serialu najpierw intrygują pomysłowością i technicznymi nowinkami. Szybko okazuje się, że niekiedy kolorowy płaszczyk sci-fi jest jedynie artystycznym zabiegiem, a losy bohaterów nie są jedynie pesymistycznymi wizjami. Z dźwiękiem tłuczonego szkła w tle dociera do nas, że to, co widzimy na ekranie już od dawna dzieje się wokół nas. Uzależnienie od portali społecznościowych, bezmyślny konsumpcjonizm, wiara w postaci, a nie idee oraz wiele innych. Pierwszy sezon to wykręcające żołądek tragedie głównych bohaterów. Kolejne pokazują, jak zaczyna przekształcać się społeczeństwo, by w końcu zaczęły pojawiać się historie, które przekonują nas, że przyszłość nie do końca musi być taka zła.
Ocena: 8/10



Wiktoriański crossover – Penny Dreadful (Sezon 1)

XIX-wieczny Londyn. Ulicami miasta przechadzają się postaci z kart mrocznej literatury tego okresu. W zaułkach, magazynach i piwnicach kryją się wampiry, opętania wyglądają lepiej niż w niejednym horrorze, a Kuba Rozpruwacz pozostawia po sobie krwawe ślady. Wszystko to otacza nieprzyjemna, duszna i wilgotna mgła znad doków. Co w tym klimatycznym zestawieniu mogłoby wypaść źle? Tym elementem jest wątek główny. To nie dlatego, że jest on nieciekawy, widza z całą pewnością by wciągnął, lecz sami główny bohaterowie zapominają o tym, dlaczego połączyli swoje siły. Do swojej misji powracają przy okazji i bez zbytniego zapału. Zdecydowanie bardziej interesujące są za to historie poszczególnych bohaterów, którzy dostają zdecydowanie więcej niż przysłowiowe 5 minut. Poznajemy Doriana Gray'a — hedonistę, który wybredny nie jest i romansuje z kim popadnie. Możemy obserwować potwora Frankensteina, który niczym dojrzewający nastolatek, próbuję zrozumieć, czym są „motylki”, które czuję w brzuchu. Przy okazji utrudniając swojemu ojcu życie jak tylko może. W przerwach między życiowymi rozterkami bohaterów coś się jednak dzieje, a gdy bohaterowie wracają do pracy, zawstydzają przy tym niejeden horror. Ogromnym plusem serialu jest mroczny klimat, ciekawe postaci oraz ich historie, oraz Eva Green, która aż niepokojąco dobrze odgrywa rolę szalonej.
Ocena: 7,5/10



W środku jest zdecydowanie lepszy niż na zewnątrz – Doctor Who (Sezon 1,2,3)

Tandetny, kiczowaty, przygłupi. Taka była moja ocena, gdy po raz pierwszy zobaczyłem Doktora w akcji. Ciężko jest brać na poważnie serial, w którym dorosły facet biega ze świecącym długopisem, wykrzykuje brzmiące naukowo brednie i za pomocą budki policyjnej przenosi się w czasie i przestrzeni. Dlatego po nie najlepszym pierwszym wrażeniu o tym serialu zapomniałem na bardzo długo. Gdy człowiek dojrzewa, zmieniają się również jego gusta. Chociaż po upływie lat „Doctor Who” nadal pozostaje kiczowaty i tandetny, to jednak do wszystkiego można się przyzwyczaić. Również do specyficznego, brytyjskiego poczucia humoru. Twórcy serialu wzięli sobie dość mocno do serca słowa, że ogranicza nas tylko wyobraźnia, dlatego każdy odcinek to zupełnie nowy, pokręcony, niezwykły i niejednokrotnie wręcz absurdalny pomysł. Spotkanie z Charlesem Dickensem, Agathą Christie czy Williamem Szekspirem, a może podróż do dnia końca świata lub w odległy zakątek galaktyki. Proszę bardzo, nic nie stoi na przeszkodzie, bo kto pomysłowemu zabroni. Dobrą wiadomością jest natomiast to, że z każdym sezonem jest coraz lepiej, a gdy w roli Doktora David Tennant zastępuję Christophera Ecclestona, robi się po prostu genialnie. Na moich oczach kiczowate brzydkie kaczątko stało się błyskotliwym, zabawnym i pomysłowym brzydkim kaczątkiem.
Ocena: 7/10




Sprawiedliwość też może być ślepa – Daredevil (Sezon 1)

Z powodu natłoku coraz większej ilości kolorowych produktów z udziałem komiksowych bohaterów, seriale Marvela pojawiające się na Netflixie nie wzbudzały u mnie żadnego specjalnego zainteresowania. W chwili, gdy zdecydowałem się obejrzeć pierwsze odcinki „Daredevila”, pożałowałem, że zwlekałem z tym tak długo. Matt Murdock łamiąc szczęki i kości zagrażającym miastu gnidom, z równie dużym zaangażowaniem przełamywał wszelkie schematy, które coraz bardziej zaczęły odpychać mnie od superbahaterskiego kina. W końcu przestaje być głośnio, kolorowo i krzykliwie. Bohater, zamiast walczyć z globalnym zagrożeniem z innego świata/wymiaru/równoległej rzeczywistości (niewłaściwie skreślić) staje naprzeciw lokalnym przestępcom i próbuje zaprowadzić porządek w swojej dzielnicy. Netflix z dźwiękiem łamanego kręgosłupa wyłamuje się spośród superbohaterskich seriali również pod innym względem. Połowa królestwa i ręka księżniczki należy się temu, kto zrozumiała, że wsadzenie bohatera w kolorowe ciuchy z komiksu nie będzie wyglądało dobrze na małym ekranie. Początkujący bohater zakłada jedynie opaskę na oczy i po prostu próbuję postępować właściwe. Zamiast gagów i supermocy dominują świetne choreografie walk oraz niesprawiedliwy i brutalny świat gdzie nie zawsze wygrywa dobro. Dodatkowo równocześnie z bohaterem poznajemy przeszłość, motywacje i słabości jego głównego przeciwnika. Może i Daredevil dostaje cięgle porządne baty, ale podnosi się i walczy dalej, bo tak należy. A dzięki niemu szara rzeczywistością wychodzi na prowadzenie w walce z komiksowymi kolorami.
Ocena: 7/10




Oh shut up and give me that Quest – Kroniki Shannary (Sezon 1)

Godziny spędzone przy grach RPG uodporniły mnie na pompatyczne dialogi, w których zwykły parobek opowiada o magicznym mieczu, zaczarowanych klejnotach lub innym niezwykłym artefakcie (który obowiązkowo musi mieć w nazwie słowo „przeznaczenia”). O ile gry już taki urok mają, to niebywale ciężko jest coś takiego znieść w serialu. Tym bardziej, jeżeli takimi tekstami rzucają aktorzy z doczepianymi (ewidentnie plastikowymi) elfami uszami. „Kroniki Shannary” łączą w sobie coś z kiepskiego piwnicznego cosplay-party z elementami kółka teatralnego. Mają w sobie jednak pewien urok, który w jakiś magiczny sposób wpłynął na moje odczucia. Zaczęło się od „to wygląda strasznie” by przez „w sumie nie jest aż tak źle” przekształcić się w „jeszcze tylko jeden odcinek i kończę”. Momentami serial wygląda wręcz komicznie.Jednak każdy, kto lubi historie o drużynie wyruszającej w podróż pełną niebezpieczeństw, magii i zagadkowych przepowiedni, utrzymanej w klimatach starego dobrego „Dungeon & Dragons” powinien przynajmniej dać temu szanse. Tym bardziej że świat, w którym mamy elfy, druidów, demony i magiczne kamyki, nie jest do końca tak klasyczny, jak mogłoby się wydawać.
Ocena: 6.5/10




„Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę” – Gra o Tron (Sezon 7)

Oglądając niejeden serial czy film, z zapartym tchem śledzimy losy głównych bohaterów i z niecierpliwością wyczekujemy momentu, w którym los się do nich uśmiechnie i nareszcie „wszystko będzie w porządku”. Zaraz po tym, gdy pokochaliśmy bohaterów „Gry o Tron”, serial wbija nam nóż w plecy, włócznie w oko, a rozgrzany do czerwoności pręt wsadza w … To właśnie okrucieństwo wyłamujące się ze schematu (obok falujących co chwila nagich piersi) było elementem, przyczynił się do tak dużego sukcesu serialu. Wszystko, co dobre jednak kiedyś zaczyna zbliżać się ku końcowi. Z każdym kolejnym sezonem do Westeros przekrada się coraz więcej magii (bo skur@#$%twa więcej się tam już po prostu nie zmieści). Główni bohaterowie, a przynajmniej ci, którzy przeżyli, powoli łączą siły, na zjeździe rodzinnym spotkani się już niemal wszyscy, a z północy wędruje armia nieumarłych. Gdy w końcu zaczyna dziać się to wszystko, na co czekaliśmy przez wszystkie poprzednie sezony, odnieść można wrażenie, że dzieje się to zbyt szybko i w pośpiechu. Jon Snow ledwo spotkał Daenerys, a po chwili już widzimy jego tyłek, gdy pokazuje swojej ciotce, co potrafi jego smok. Zwiększone tempo wynikać może z tego, że zbliża się wielki finał i liczne wątki trzeba pozamykać. Być może czar „Gry o Tron” prysł tylko dla mnie, bo zamiast czekać cały tydzień, na kolejny odcinek obejrzałem wszystkie „na raz”.
Ocena: 8/10




Poszukiwany żywy lub zrobotyzowany – Westworld (Sezon 1)

Kolejny serial produkcji HBO nie tylko oferuje cudowny i nieco śmierdzący klimat Dzikiego Zachodu, ale również urzeczywistnia fantazje niejednego chłopca. Który z nas bowiem nie marzył o tym, żeby włożyć kapelusz, odznakę szeryfa oraz buty z ostrogami i mieć najszybszą rękę na Dzikim Zachodzie? (niektórym się udało, inni znaleźli dziewczyny). Klienci niezwykłego parku rozrywki mogą cofnąć się w czasie i z kodem na nieśmiertelność rozpocząć rozgrywkę i względem uznania zostać Lucky Lukiem albo braćmi Dalton i korzystać z życia do woli. Serial poza świetną zabawą zapewnia coś jeszcze. Pomiędzy cudowny soundtrackiem i epickimi strzelaninami podsuwa nam parę zagadnień do przemyślenia. Niczym „Blade Runner” zostawia nas z pytaniami dotyczącymi „człowieczeństwa” maszyn obdarzonych wspomnieniami i uczuciami. Pokazuje, jak daleko może zajść technologia i odgrywa na naszych oczach preludium do koszmaru o buncie maszyn. Ukazuje również prawdziwą naturę człowieka, który otrzymując namiastkę boskości, staje się czymś gorszym od zwierzęcia. Kto w tym przypadku jest bardziej ludzki – kochająca maszyna czy zabijający dla przyjemności człowiek?
Ocena: 8/10



Te dzieciaki są tak słodkie, że nie może stać się im krzywda – Stranger Things (Sezon 2)

Doskonale odtworzone lata 80, świetne napisane postacie, trzymająca w napięciu historia, mroczny klimat, pełne humoru dialogi i genialny element paranormalny. „Stranger Things” osiągnęło coś, co w dzisiejszych czasach jest niemal niemożliwe – stało się serialem kultowym. Starannie oddane realia oraz nawiązania do takich tytułów jak „Koszmar z ulicy Wiązów”, „E.T.” czy „The Goonies” stworzyły cudowną laurkę dla tego okresu. Połączenie tego wszystkiego sprawiło, że nie sposób pokochać „Stranger Things”. Pierwszy sezon postawił sobie jednak poprzeczkę bardzo wysoko. To, co oczarowało widzów za pierwszym razem, nie mogło zadziałać po raz drugi równie skutecznie. Na domiar złego druga część przygód chłopaków z Hawkins odtwarza schemat znany z poprzedniego sezonu. Postaci rozpraszają się i mając poszczególne elementy układanki, próbują rozwiązać zagadkę. Starania prowadzą ich do tej samej kuchni co poprzednio. Gdy wszyscy są razem, udział w walce finałowej znów przypada Jedenastce i nie pozostaje jej nic innego jak wytrzeć krew z nosa i mrukliwie przytaknąć, co wszyscy odczytali jako „spoko ja się tym zajmę”. Mimo świetnych pomysłów, klimatu i cudownych postaci, drugi sezon nie robi tak piorunującego wrażenia, a powtórzenie tego graniczymy niemal z cudem. Nikt się temu jednak nie powinien dziwić, a stare dobre Hawkins ciągle gwarantuje dużo emocji i zabawy.
Ocena: 8/10



Podróbka z niemiecką precyzją – Dark (Sezon 1)

Emocje i kurz po premierze drugiego sezonu „Stranger Things” jeszcze dobrze nie zdążyły opaść, a naszym oczom ukazał się zwiastun niemieckiego serialu, który nawet nie próbował ukrywać, że będzie bezczelnie zrzynał z tytułów nie tylko dobrze nam znanych, ale i całkiem świeżych. Chłopiec w żółtej przeciwdeszczowej kurtce zagląda tam, gdzie nie powinien, małym miasteczkiem wstrząsa zniknięcie chłopca, a próbuje go odnaleźć grupa dzieciaków i pewien ciągle smutny policjant. Czy nie brzmi to zupełnie jak „It”, „Stranger Things” i „Broadchurch”? Przed ekran przyciągnęło mnie jedynie przeświadczenie, że powinienem być na bieżąco, bo zwiastun nie zdradzał zbyt wiele i wcale nie gwarantował jakiegoś paranormalnego elementu. Po pierwszych odcinkach diagnoza była oczywista – kalka goni kalkę i to w sposób wręcz ordynarnie bezczelny. Zanim się jednak spostrzegłem, wpadłem po uszy i od serialu nie mogłem się już oderwać. Chociaż „Dark” nosi znamiona pozbawionej pomysłowości kopii, to nadrabia niesamowicie gęstym i ciężkim klimatem. Jest duszno i nieprzyjemnie. Postaci nie dają nam żadnego powodu, by je pokochać, wręcz przeciwnie, z każdą chwilą na jaw wychodzą kolejne tajemnice i grzechy. Wielowątkowa historia staje się jeszcze bardziej zagmatwana, gdy dochodzą to tego podróże w czasie i związane z nią paradoksy. Trzeba się nieźle wysilić i skupić, bo ktoś właśnie pocałował dziewczyną, która w przyszłości będzie jego ciotką… czy jakoś tak. Mimo wielu podobieństw „Dark” jest tak naprawdę przeciwieństwem „Stranger Things”. Zaczynając w podobnym punkcie swoją historię, niemiecki serial stawia na tajemniczą i nieprzyjemną aurę dramatu, thrillera i horroru, podczas gdy amerykańska produkcja oferuje nam sympatycznych bohaterów i zagwarantowany happy end. Wybór więc wcale nie jest taki łatwy.
Ocena: 9/10




A gdyby tak urodzić się niezwykłym..? The Gifted  (Sezon 1)

Seriale Marvela prezentują sobą zupełnie inną jakość niż kinowe produkcje. Chociaż kiedyś byłem wielkim fanem X-menów, to z biegiem lat coraz bardziej bawi mnie ich komiksowa stylówka. Wpływ na mój gust i standardy miały również książki, w których obdarzeni niezwykłymi umiejętnościami ludzie rzadko kiedy decydowali się obcisłe i kolorowe skórzane stroje. „The Gifted” podobnie jak seriale Netflixa zmienia nieco skale problemu, z jakimi zmagają się główni bohaterowie. Zamiast walki między podopiecznymi profesora Xaviera a Bractwem Mutantów, główni bohaterowie zmierzyć muszą się z nietolerancją i kontrolą, jaką podlegają ludzie o niezwykłych mocach. Wszystko zaczyna się od sceny żywcem wyjętej z „Carrie” Stephena Kinga, gdy poznający swoje możliwości Andy roznosi w strzępy łazienkę i psuje szkolny bal. Potem jest tylko lepiej. Zajmujący się do tej pory sprawami mutantów adwokat, aby ratować swoją rodzinę, musi przeciwstawić się zasadom, których do tej pory bezwzględnie przestrzegał. Zamiast skórzanych fatałaszków, śmiesznych hełmów i objechanych myśliwców w końcu powiem świeżości. I czy ktoś powie, że niski budżet musi wyjść produkcji na złe.
Ocena: 7,5/10



Nawet w piekle potrzebują wakacji – Lucyfer (Sezon 1)

Bycie oprawcą, katem i nadzorcą piekła potrafi być nudne i męczące. Nawet jeżeli do takiej pracy zostaliśmy stworzeni (a dokładniej, gdy ta praca została stworzona specjalnie dla nas). Lucyfer nie mogąc dłużej znieść monotonii swojego zajęcia, postanawia zrobić sobie wakacji. A gdzie mógł udać się diabeł wcielony jak nie do miasta aniołów? Obdarzony niezwykłą charyzmą, błyskotliwym poczuciem humoru oraz uśmiechem szerszym niż u Tony’ego Starka zapatrzony w siebie narcystyczny amant otwiera lokal w sercu Los Angeles. Czas na ziemi umila sobie zaciąganiem do łóżka pięknych kobiety, organizując całonocne imprezy, popijając drinki czy śpiewając swoim anielskim głosem przy akompaniamencie fortepianu. Gdy jednak i to nie wystarczy, decyduje się użyczyć swojego uroku osobistego miejscowej pani detektyw. Dając się jej mocno we znaki, postanawia pomagać jej rozwiązać kolejne kryminalne zagadki. W końcu między nimi zaczyna coś iskrzyć, a my powoli zaczynamy przekonywać się, że diabeł nie jest taki straszny, jak go malują.
Ocena: 8/10




Szaleństwo niejedno ma imię – Legion (Sezon 1)

„Legion” to jeden z najdziwniejszych, nietypowych, pokręconych i popieprzonych seriali, jakie kiedykolwiek widziałem. Fakt, że wytrzymałem dłuższe oglądanie, zawdzięczam jedynie prezentacji na konferencji fantastycznej, gdzie dobra duszyczka postanowiła wytłumaczyć, o co w nim właściwie chodzi. Bez odpowiedniego przygotowania wskaźnik „co się tutaj dzieje” świeciłby na czerwono niczym bożonarodzeniowa choinka i znajomość z nietypowym mutantem na pewno nie trwałaby długo. Główny bohater cierpi na poważne zaburzenia psychiczne a przy jego osobowości mnogiej, bledną wszystkie kobiece huśtawki nastrojów. Jego ciało zamieszkują różne charaktery, z czego każdy posiada inne moce. Poznanie bohatera ułatwia odbiór, bo zaczynamy zdawać sobie sprawę, że chaos w głowie bohatera przekłada się na chaos, jaki panuje w serialu, nietypowych scenach i nieliniowej narracji. Oglądając „Legion”, nie tylko obserwujemy zmagania bohatera, ale zostajemy zaproszeni do jego zdewastowanej psychiki, a po przejściu przez te drzwi nic już nigdy nie będzie takie samo.
Ocena: 8/10




Na koniec galaktyki i jeszcze dalej – Star Trek: Discovery (początek Sezonu 1)

Zanim jeszcze USS Discovery zdążył na dobre wystartować, Internet zawrzał od porównań do poprzednich serii „Star Treka”, a fani przerzucali się argumentami (i czasem czymś o nieco innej konsystencji) próbując udowodnić, że to ich wybór jest jedynym słusznym. Ja w tym czasie autentycznie cieszyłem się, że wcześniej nie miałem z tym uniwersum nic wspólnego. Był to dla mnie jeden z tych elementów popkultury, o którym każdy słyszał, ale niekoniecznie oglądał. Dzięki temu najzwyczajniej w świecie mogłem spokojnie i bez szkodliwego niekiedy nabuzowania cieszyć się oglądaniem. Ubiegłoroczna część sezonu zagwarantowała mi wrażenia jak po przejażdżce z prędkością warp bez ostrzeżenia. Ma się ochotę zrobić to jeszcze raz, jednak mdłości cały czas powracają. Serial łączy w sobie naprawdę świetne obrazki, piękną kosmiczną przestrzeń, stroje i scenografię na poziomie, jednak nie jest to w stanie zakryć nieraz pozbawionych charakteru postaci, luk w fabule wielkości czarnych dziur czy mocno naciąganych wydarzeń. Jednak ładne opakowanie jest na tyle pociągające, że jest się w stanie wszystkie niedogodności podróży przełknąć i wytrzymać do momentu, aż może w końcu załoga wyruszy w nieznane.
Ocena: 6/10



Boski sen o Ameryce – American Gods (Sezon 1)

„Amerykańscy Bogowie” Gaimana to pierwsza książka ubran-fantasy, po jaką sięgnąłem i okazało się, że była to świetna decyzja. Główny bohater po wyjściu z więzienia traci wszystko, a w tym momencie los zsyła mu Pana Wednesday’a, który oferuje mu pracę. Tajemniczy mężczyzna pokazuje mu rzeczywistość, której do tej pory nie dostrzegał, świat, w którym mitologiczne stworzenia i bogowie próbują przetrwać rywalizacje z bogami nowych technologii. Przy takim pomyśle jedyne co pozostaje zrobić, to poprzebierać aktorów za zwykłych ludzi i nadać im imiona znane z panteonów. „Od biedy ujdzie, nie mamy nic lepszego”. „Amerykańscy Bogowie” jednak od początku zaskakują, prezentując się jako niezwykłe widowisko, w którym bohater znajduje się w samym środku wojny bogów, gdzie przecinają i mieszają się rzeczywisty świat, oniryczne wizje oraz magia technologii. Serial poza trzymaniem się dość wiernie książkowego oryginału rozszerza wątki pobocznych postaci na tyle interesująco i ciekawie, że zaczynamy żywić do nich niezwykłą sympatię lub niesamowitą nienawiść. Magiczną całość dopełnia świetnie dobrana obsada z Whittlem, McShanem i Schreiberem na czele.
Ocena 9/10




To by było na razie tyle. Kolejne seriale już rozpoczęte i z niecierpliwością wyczekuję nadchodzących najciekawszych premier. A już następnym przeglądzie najlepsze książki jakie wpadły mi w ręce 2017. 

Copyright © 2016 Redaktor Ego , Blogger