Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blondynka vs Brunet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blondynka vs Brunet. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 lipca 2018

Filmy z książką w tle

Filmy z książką w tle


Redaktor Ego: Gdy nadchodzi upragniony weekend, wybieramy się do kina, by usiąść na wygodnych fotelach i na ogromnym ekranie podziwiać filmowe nowości. Domatorzy oraz zwolennicy luźnych dresów i leniwych wieczorów mogą rozłożyć się na kanapie lub w łóżku i przebierać w coraz bogatszej ofercie prezentowanej przez serwisy streamingowe. Wszystkie te wygody zawdzięczamy książkom. Narodziny filmu należałoby w pierwszej kolejności powiązać z rozwojem fotografii (bo czym jest film jak nie ruchomymi zdjęciami), ta zaś wydawać by się mogło, jest technologiczną odpowiedzią na obrazy zamknięte w złotych ramach (bo czym jest zdjęcia jak nie obrazem namalowanym przez aparat). Idąc dalej tym torem wszelkie obrazy Picassa czy Rembrandta mają na „chłopski rozum” przecież więcej wspólnego z naściennymi malowidłami niż ze skrupulatnie połączonymi kartkami zapełnionymi teksem. Gdzie w tym wszystkim jest książka? Niewiele dziś byśmy osiągnęli, gdyby nie pismo, a później wynalezienie druku i maszyny drukarskiej. Człowiek najpierw mógł zapisywać całą swoją wiedzę, a później przekazać ją innym. Masowa produkcja umożliwiła dostęp to tej wiedzy niemal każdemu. W ten sposób, zamiast powoli maszerować wybiegliśmy w przyszłość. Spojrzenie na tę kwestię z tej perspektywy powinno na zawsze ukrócić kwestię czy to film, czy książka jest lepsza. W takim razie skoro film zawdzięcza tak wiele książce, zapraszam Cię na podróż po popkulturze w poszukiwaniu tytułów, w których książki miały mniejsze lub większe znaczenie.

Kinga: Zauważyłam, że kolejnymi pomysłami rzucamy sobie nawzajem wyzwania. Ostatnio wspominałeś o tym, że trudno było Ci znaleźć wystarczającą ilość dobrych filmów spoza USA, teraz ja głowiłam się godzinami, żeby dobrze wpasować się w temat, który zaproponowałeś. Ale to z drugiej strony dobrze, bo możemy – jak to nazywasz – poszerzać horyzonty.

Na swoim blogu nie raz zdarzyło mi się podkreślać, jak bardzo ukształtowała mnie Carrie Bradshaw. I wspomnę jeszcze raz w poniedziałek. Nawet nie chcę mi się liczyć, ile razy widziałam „Seks w wielkim mieście”, zarówno jeśli chodzi o serial, jak i dwa filmy pełnometrażowe. Właśnie w drugim z nich Carrie jest już etatową pisarką i ma na swoim koncie kilka książek. Najnowszą jest „I do. Do I?”, która dotyczy głównie zagadnień związanych z małżeństwem. Choć w filmie nie jest ona na pierwszym planie, przewija się gdzieś w tle od początku, aż do jego zakończenia. Obserwujemy, jak Carrie dostaje swój pierwszy egzemplarz, czyta pierwsze recenzje, a pod koniec filmu, gdy jest dojrzalsza o nowe doświadczenia, prawdopodobnie napisałaby ją inaczej. Co nie oznacza, że nie jest z niej dumna. A widz jest dumny razem z nią. Artykuły pisane nocami do Vogue nie pozostały tylko w papierowej próżni, ale na coś się przydały.


Redaktor Ego: Książki mogą mieć na nas niesamowity wpływ. Wśród swoich znajomych z łatwością znaleźć można ludzi uwielbiających książki do tego stopnia, że światem przedstawionym żyją jak swoim własnym. Z bohaterami nie tylko się utożsamiają, ale kochają najszczerszym uczuciem i naśladują. Niektórzy mimo upływu lat uparcie oczekują listu z Hogwartu, inni próbują łóżkowych eksperymentów, bo nagle odkrywają w sobie charyzmę i temperament Christiana Greya. Książki nieraz tak mocno na nas działają, że zapominamy o granicy między rzeczywistością a fikcją. Gdy ta linia się zaciera, stają się one naturalnym elementem naszego życia. To najwyższy czas, żeby dać nogę jak najdalej.

Annie Wilkes jest przykładem naprawdę oddanej fanki. Twórczość swojego ulubionego autora zna na pamięć, a o losach swojej ukochanej postaci opowiada z pasją i emocjami, jakby chodziło o jej najlepszą przyjaciółkę. Annie to również cudowna osoba o wielkim sercu. Jest troskliwa, skora do pomocy, oddana i zaangażowana. Gotowa jest rzucić się na ratunek, nie zważając na swoje potrzeby. Jeżeli zdarzy Ci się dachować samochodem w środku lasu w czasie śnieżycy, warto mieć przyjaciółkę właśnie taką jak Annie. Weźmie Cię na plecy, przeniesie przez zaspy do swojego domu, poskłada Ci kości, ugotuje pyszną zupę, a i zadba o miejsce do pracy, byś nie narobiła sobie zaległości. I nie poprosi o nic w zamian. Po prostu anioł kobieta. Jeżeli jednak chodzi o jej ukochaną Misery, w jej obronie gotowa jest Ci połamać nogi wielkim młotem albo grozić równie wielkim nożem kuchennym. Nie tracąc przy tym, niepokojącego wyrazu twarzy. Gdy pod jej skrzydła trafia autor uwielbianego przez nią cyklu, pomoc Annie jawi mu się jako opaczność boża. Wystarczy jednak mała różnica zdań, a sympatyczna kobieta zamienia jego życie w piekło. Jak przystało na bohaterów historii spod pióra Stephena Kinga, wręcz absurdalna sytuacja zmienia się w prawdziwą walkę o życie. Uśmiech Annie jest natomiast czymś, co potępieńcy muszą widzieć w chwili, gdy stają przed wrotami piekieł. A to wszystko dlatego, że ktoś zbyt poważnie traktuje książki.


Kinga: Nie warto zadzierać z żywymi, ale jeszcze gorzej z martwymi. Teoretycznie martwymi. Bo kiedy ktoś postanowi na przykład odkopać mumię sprzed dwóch tysięcy lat, na pewno nie wróży to nic dobrego.

Kiedy fascynacja literaturą idzie za daleko, rodzi się nieco nawiedzona bibliotekarka, Evelyn, która postanawia odnaleźć zaginione Miasto Umarłych – Hamunaptrę. W związku z tym bez żadnych konsekwencji rzuca swoje miejsce pracy (zdewastowane przez siebie kilka minut wcześniej) i wyrusza w daleką podróż na pustynię. W międzyczasie trafia zarówno na sojuszników, jak i opozycję, mającą chrapkę jedynie na ukryte w starożytnym grobowcu skarby. Po obudzeniu przez nie do końca pełnosprawnych poszukiwaczy złota mumii kapłana o wielkiej mocy sprawczej, cała fabuła „Mumii” plecie się wokół dwóch ksiąg – złotej i czarnej. Obie napisane starożytnym językiem, obie zawierające starożytne zaklęcia, obie posiadały w gratisie opcję zdewastowania lub uratowania całego świata. I dostarczyły szereg plot twistów (no, może nie szereg, ale jak na tamte czasy – było zaskakująco). Towarzyszyły naszym protagonistom do samego końca, aby wspierać ich dobre zamiary. Oczywiście sporo atrakcji zapewnia też brat głównej bohaterki, który z czytaniem ma raczej niewiele wspólnego, a który pod koniec filmu okazuje się całkiem przydatny.


Redaktor Ego: Książki mogą wyrażać nasze emocje. Oczywiście w tym momencie pojawia się problem, z tym, co autor miał właściwie na myśli. Pytanie to wywoływało u mnie stany lękowe i wątpliwość czy mój mózg, aby na pewno funkcjonuje w granicach powszechnie obowiązujących standardów. Z czasem zdałem sobie sprawę, że niemal każdy dowolny tekst rzeczywiście w swoim drugim dnie potrafi zawierać mnóstwo informacji. Kamień jednak spada z serca na wieść o tym, że klucza już nie ma i żadna komisja nie stoi nade mną niczym ponura Inkwizycja (chociaż interentowa społeczność też potrafi być okrutna), a interpretacja zależy ode mnie. Trzeba pamiętać, że dowolność i interpretacyjna bezkarność może nieść za sobą przykre konsekwencje.


Susan jest umiarkowanie szczęśliwą i nie do końca spełnioną właścicielką galerii sztuki oraz żoną zabieganego biznesmena. W wolnych chwilach nie dosypia i zapewnia wszystkich wkoło, jak fatalne są wybrane przez nią wystawy. Nie chce jej się nawet robić dobrej miny do złej gry w (zbliżające się) bankructwo. Monotonię dnia codziennego przerywa jej niespodziewanie przesyłka od byłego męża. Cierpiący na wieczny kryzys twórczy Tony przesyła Susan książkę zatytułowana „Zwierzęta Nocy” i pragnie, aby przeczytała ją jako pierwsza. Bohater dzieła, łudząco przypominający ex-męża Susan (w obu rolach Jake Gyllenhaal), trafia w tarapaty godne twórczości Stephena Kinga. Mocna i nieprzyjemna historia jest, na tyle wstrząsająca, że śmiało mogłaby zostać materiałem na osobny film. Książkowa narracja zdaje się mieć wspólne elementy z przeszłością Susan, lecz do tych bohaterka, mimo że podświadomie z pewnością coś wyczuwa, nie chce się przyznać. „Zwierzęta nocy” to nieprzyjemny film otulony ciężką atmosferą i doprawiony świetnymi zdjęciami i montażem. Przeplatające się wątki poruszają się na granicy spójnej całości, sugerując podobieństwa, nie wskazując jednak niczego wprost.


Pojawia się pytanie. Czy widzowie dadzą radą odczytać, co autor miał na myśli? Bo pierwsza czytelniczka ma z tym chyba wyraźne problemy.

Kinga: Robi się tu powoli ciężko i raczej mrocznie. Dlatego na chwilę znowu ucieknę w stronę niczym nieograniczonej beztroski, do świata, gdzie wszystko jest dozwolone, a wydawanie książek szalenie łatwe. Choć czasem takie nowości na półkach mogą przysporzyć sporo problemów samemu twórcy. Zwłaszcza wtedy, kiedy pojawia się to znienawidzone przez maturzystów pytanie — co autor miał na myśli.

Myślałam, że uda mi się w tym zestawieniu zmieścić tylko jedną produkcję dla nastolatek spragnionych nowojorskiego życia. Ale się nie udało, bo pisząc o „Sex and the City”, przypomniałam sobie o innym weteranie tasiemców dla młodzieży, choć trochę młodszym, niż Carrie i jej przyjaciółki z Manhattanu.

W „Plotkarze” naprawdę sporo się dzieje. To odświeżona wersja „Mody na sukces”, gdzie każdy w końcu będzie z każdym przynajmniej raz. Rozstania, powroty i wszystkie perypetie nastolatków z Upper East Side prowadzą jednego z bohaterów do napisania książki. Dan Humphrey to wrażliwy literat z Brooklynu, kompletnie nieprzystosowany do szalonego życia Manhattanu. Podczas jednego z miliona sezonów serialu, Dan obserwuje swoich znajomych, co przynosi owoc w postaci książki o każdym z nich. Mają oni co prawda zmienione imiona, ale powszechnie znane fakty szybko demaskują, kim inspirował się nasz bohater. I oczywiście na światło dzienne wychodzi wszystko to, co naprawdę myśli o bogatych nowojorskich dzieciakach. Nie mogę sobie przypomnieć, czy książka ostatecznie trafiła do druku, ale do jakiegoś potencjalnego wydawcy na pewno. Z tym że niestety oprócz całkiem dobrych opinii, książka zgarnęła też wszystkich przyjaciół Dana, łącznie z jego dziewczyną, a oni zgodnie odwrócili się od niego i od siebie nawzajem. Czy było to tego warte? Oczywiście. Sytuacje w książce oparte były na faktach, więc mieszkańcy Upper East Side dzięki temu zagrali ze sobą w bardzo nowojorską wersję „Ego”.


Redaktor Ego: Książki mogą nieść nadzieję, a słowa moc panowania nad ludzkimi duszami. Gdy na świat spadnie apokalipsa, ale nie ta biblijna tylko ta filmowa, wiele się zmieni. Słońce, zamiast przyjemnie grzać naszą skórę, zacznie wypalać nam oczy, w modzie będzie dominował styl al'a Mad Max, a przedmioty, które są tak naturalnym elementem naszego otoczenia, że nawet ich nie zauważamy, zyskają niezwykłą wartość. Za menażkę wody, nawilżone chusteczki czy aspirynę pozostali przy życiu ludzie gotowi s zabić bez mrugnięcia okiem. Taką wartość dla pamiętających czasy „sprzed” mają również książki. Jedna z nich może stać się bronią potężniejszą niż wszystkie gnaty i spluwy, jakie mają najliczniejsze nawet pustynne bandy.

W świecie pozbawionym nadziei, gdzie jedynym sensowym celem jest przetrwanie, trudno jest znaleźć dla siebie miejsce. Nie ma w nim marzeń, nie ma jutra. W takich warunkach pozostaje zezwierzęcenie i udział w powolnym upadku wartości. Nikt nie myśli o rzeczach większych ani o dobru ogółu. Nikt poza pewnym samotnym wędrowcem. Eli wyrusza w podróż na zachód, gdzie ma odnaleźć cel swojej podróży — miejsce, gdzie dla ludzkości narodzi się nowa nadzieja. Jej źródłem jest księga, którą pielęgnuje i strzeże. Zawarte w niej słowa mają moc mogącą ocalić ludzkość. Nic dziwnego, że łapska na niej chce położyć żądny władzy i potęgi czarny charakter. Dobro zmaga się ze złem. Nadzieja z pragnieniem kontroli nad ludzkimi duszami, a Denzel Washington z Gary Oldmanem. Areną walki w „Księdze Ocalenia” jest zdewastowany świat pełen post-apokaliptycznego piękna.


Kinga: Myśląc o filmach, w których pierwsze bądź czwarte skrzypce grają książki, nie potrafię przeoczyć jeszcze jednego filmu, w którym arcydzieło literatury dopiero powstaje. Po spotkaniu z Carrie Bradshaw i Sereną van der Woodsen, proponuję przenieść się z dusznego Manhattanu na nasze podwórko i zakrzyknąć wspólnie „Marian, tu jest jakby luksusowo”.

Marian Wolański jest chyba moim ulubionym filmowym alkoholikiem. Niespełniony humanista, który po dwóch „Koglach-moglach” nadal jest docentem i wciąż nie może skończyć pisać książki. Życiowy nieudacznik niezdolny do podejmowania decyzji – doskonały materiał na pracownika naukowego i wzór dla przyszłych pokoleń, chcących zgłębiać tajniki pedagogiki. Po tylu latach oglądania nadal nie wiem, co docent Wolański tak namiętnie klepie na swojej maszynie do pisania, ale cała zabawna otoczka, która spowija go jako bohatera jest warta oczekiwania każdej publikacji.


Redaktor Ego: Książki mogą być śmiertelnym zagrożeniem. Nie byłbym chyba sobą, gdybym w naszym zestawieniu nie sięgnął po fantastyczny wątek albo nie otarł się przynajmniej o obrzydliwy horror. Czy w świecie przeklętych przedmiotów i nawiedzonych obiektów znajdzie się książka mogąca ściągnąć na bohaterów śmiertelnie niebezpieczeństwo?

Poradnik survivalu część 66. Jeżeli chatka ukryta w środku lasu ma na wyposażeniu piwnice — nie wchodź do niej. Serio. Skoro jednak nie możesz się oprzeć, niczego nie dotykaj, nie wynoś, a jak znajdziesz tekst napisany krwią, to go pod żadnym pozorem nie czytaj. Bo jeżeli oczekujesz, że w tym momencie pojawia się kolorowe kucyki albo przyjazne elfy spełniające życzenia to bardzo grubo się mylisz.

Przyjaciele uzależnionej od prochów Mii zabierają ją do klimatycznie urządzonej chatki, gdzieś na totalnym odludziu w leśnej głuszy. Postanawiają jej pomóc w przetrwaniu najgorszego okres podczas odwyku, oferując swoje wsparcie. Dla jej dobra nie cofając się przed bezwzględnymi działaniami. No i oczywiście w międzyczasie przez przypadek przywołują demona. Oczywiście, jeżeli znalezienie w piwnicy księgi oprawionej w ludzką skórę w etui z drutu kolczastego, a następnie przeczytanie zapisanych krwią wersetów nieznanym języku można uznać z przypadek. Wystrój piwnicy też powinien dawać wiele do myślenia, ale co tam, kto nie chciałby zajrzeć do książki żywcem wyjętej z koszmarów Lovecrafta.


Gdyby nie ciekawość połączona z lekkomyślnością nie mielibyśmy nowej wersji „Martwego Zła”. Genialnie zrealizowany pod względem efektów specjalnych, charakteryzacji i montażu jest jednym z najbardziej obrzydliwych i krwawych filmów grozy ostatnich lat. W wersji Alvareza znaleźć możemy liczne nawiązania do oryginału z lat 80' z Campbellem w roli głównej (tak, to ten koleś z serialu z piłą mechaniczną zamiast ręki). Krew leje się tu w ilościach równych opadom atmosferycznym, brutalne sceny opływają sosem Gore, a mroczny las podkręca jeszcze bardziej nieprzyjemny klimat. No i Jane Levy pokryta charakteryzacją i szaleństwem jest genialna w głównej roli. Jak się okazuje, zapał do czytania nie zawsze niesie ze sobą pozytywne skutki.


Kinga: Survival to rzeczywiście istotna kwestia, podobnie jak podejmowanie odpowiednich decyzji, na przykład nie wchodzenie do nieprzyjemnie wyglądających piwnic. Książki mogą przysporzyć sporo problemów, jeśli to wystarczy na określenie przywołania demona. Ale może też nauczyć wytrwałości w dążeniu do celu, uporu i motywować do działania. Nie przywoływałam tu jeszcze książek istniejących rzeczywiście, dlatego połączę to teraz z biografią, co daje całkiem przyjemną dla widza historię o dziejach edukacji seksualnej.

Czasy, w których słowo „seks” trudno przychodziło wypowiedziane nawet szeptem, roboczo nazwane PRL-em, to dla Michaliny Wisłockiej najgorszy okres na wydawanie książek. Ceniona wśród pacjentek pani seksuolog nie miała tak lekko z wydawniczą władzą. Wszechobecna cenzura kazała obywatelom myśleć, że wszelka edukacja w tym zakresie jest absolutnie zbędna. Rodzi to serię nieprzyjemności na drodze do pisarskiego sukcesu. Autorka nie poddaje się jednak i dzielnie walczy ze zmaskulinizowanym gronem edytorskim. Poza tym nieustannie buduje wokół siebie i swojej książki grupę sympatyków, budzi w pacjentkach pełne zaufanie, dzięki czemu jest jak najlepszy kandydat na prezydenta. Kobiety mają potrzebę zdobycia wiedzy na temat spraw łóżkowych, innej niż wybór materaca, dlatego ostatecznie „Sztuka kochania” zajmuje miejsce w księgarniach i do dziś jest całkiem poczytną pozycją.


Redaktor Ego: Książki mogą być wrogiem ideologii. Książki mogą zagrażać władzy. Zawarte w nich treści wpływają na nas i kształtują. Ze zdobytą za ich pomocą wiedzą i odczuwanymi emocjami stajemy się wyjątkowi i niepowtarzalni. Ktoś jadący obok nas w autobusie lub osoba czekająca przed nami w kolejce może przeczytała ich mniej od nas, ale sprawiły one, że patrzy na świat w sposób niepowtarzalny, zupełnie inny od naszego. W końcu wyścig w ilości przeczytanych książek i wszelkie porównywanie nie do końca ma sens, bo przecież książka to jedynie medium, a treść treści nie równa. Jedna może zmienić tysiące osób, a tysiące książek mogą jedną osobę utwierdzić w dawnym przekonaniu. Chociaż często opowiadają o nieistniejących wydarzeniach i bohaterach i nie dają żadnych odpowiedzi, skłaniają nas do myślenia. A ludzi myślących i różnorodnych trudniej kontrolować.

W temperaturze 451 stopni Fahrenheita zaczyna płonąć papier. 451 to symbol strażaków przyszłości, którzy zamiast gasić pożary, wzniecają je. Niczym gestapowcy wpadają do domów, poszukują książek i rozpalają z nich ogniska. Zawarte bowiem w nich treści prowadzą umysł ludzki do szaleństwa i ułomności umysłu. Czytelnicy, uważani przez władzę za zagrożenie, niczym rasowy ruch oporu walczą w obronie książek, romantycznie kryjąc się po lasach i wierząc w lepsze jutro. Świat pozbawiony książek jest o wiele łatwiejszy do podporządkowania. Rzeczywistość z "451° Fahrenheita" jest pod wieloma względami smutna. Dzieci cieszą się na myśl o niszczeniu literatury (z drugiej strony, kto przynajmniej raz nie śnił o płonącym podręczniku do matematyki). Cytaty wielkich pisarzy tak chętnie wrzucane przez młodzież na facebookowe ściany, są niczym narkotyk. Zakazane kuszą jednych swoją tajemnicą i uzależniają, dla drugich są pozostałością po zamienionej w popiół przeszłości do której nie można już wrócić.


Książkowa wizja świata przedstawiona przez Raya Bradbury'ego w jego książce z lat 50 okazuje się zbyt trudna dla filmowców. Zarówno wersja z 1966 roku, jak i ta współczesna z 2018, celnie uderzają pojedynczymi aspektami, brak w nich jednak naprawdę przygnębiającego obrazu zdeprawowanej władzy i nowego społeczeństwa narodzonego w świecie bez książek. Miejmy nadzieję, że na kolejną próbę nie przyjdzie nam czekać aż 52 lata. A może to po prostu ta sytuacja, w której książka zawsze będzie tym lepszym wyborem.


Kinga: Książki inspirują nie tylko nas jako czytelników, ale także producentów filmów czy seriali. I to pod wieloma względami. Widzieliśmy już masę adaptacji, w których historia z książki jest przeniesiona dość wiernie na ekran, a twórcy inspirowali się konkretnym pisarzem. Filmy o książkach, o pisaniu książek, albo takie, w których słowo pisane ma bardzo dużą wartość (jak w „Księdze Ocalenia”) to mniej popularny motyw, ale z pewnością wart uwagi. Kiedyś przeróżne publikacje dodawały ludziom otuchy w trudnych chwilach, podobno tak było z „Panem Tadeuszem”, ten motyw wykorzystał Sienkiewicz w „Latarniku”. Mam nadzieję, że kinematografia będzie jeszcze chętniej sięgać po taki schemat, bo taki cross pokazuje przede wszystkim, że książki wcale nie umierają w erze ruchomego obrazu.





niedziela, 17 czerwca 2018

Chciałbym być bohaterem, czyli super moce, które nam się marzą

Chciałbym być bohaterem, czyli super moce, które nam się marzą




Redaktor Ego: Zdolność stawania się niewidzialnym, wiązka niszczycielskich laserów strzelających z oczu, unoszenie się w powietrzu niczym ptak, teleportacja czy w końcu czytanie w myślach, dające przynajmniej nikłe szanse na zrozumienie, o co właściwie chodzi naszemu rozmówcy. Któż z nas przynajmniej przez chwilę nie marzył o posiadaniu super mocy? Chociaż historia udowodniła, że przeświadczenie o byciu nadczłowiekiem nie niesie ze sobą nic dobrego, to posiadanie zestawu nienaturalnych cech i umiejętności pozwalających przeciwstawić się prawom fizyki oraz zgłębić niedostępne dla nas tajemnice wydaje się niezwykle kuszące. Nikt jednak nie wsadza ręki do terrarium z kolorowymi pająkami, nie biega radośnie do laboratorium, narażając się na napromieniowanie, a tym bardziej nie raczy się maseczką z toksycznych substancji. Dlaczego? Powody mogą być dwa. Jak mawiał poczciwy wujek Ben: „wielka moc to wielka odpowiedzialność” (tak więc nici z dobrej zabawy, musisz ratować świat). Skoro już o ratowaniu świata mowa. Super moc wiąże się zazwyczaj z zakładaniem obcisłych strojów, niefunkcjonalnej peleryny oraz bielizny na spodnie. W stroju takim na rzeszę fanów nie ma co liczyć, bo bardziej niż z bohaterstwem kojarzylibyśmy się z filmami BDSM. Pomarzyć jednak zawsze można. Snucie fantazji o niezwykłych mocach przecież nic nie kosztuje, a spandex, latex i skóra (z pejczami czy bez) może pojawiać się już wedle indywidualnego uznania. Dlatego teraz zapytam, o czym Ty marzysz i jakie są Twoje niezwykłe fantazje.

Kinga: Człowieku, o czym ja nie marzę, jeśli chodzi o super moce! Ileż to razy miałam ogromne pragnienie posiadania rąk inspektora Gadżeta albo umiejętności przenoszenia przedmiotów siłą woli tak, żeby jedzenie samo się robiło i podjeżdżało prosto pod paszczę. Jedna z wymienionych przez Ciebie na samym początku niezwykłych mocy jest również jedną z tych, o których chciałam wspomnieć na starcie. Kiedyś śmiałam się ze znajomych, że właśnie tę umiejętność chcieliby mieć, a potem zamieszkałam na obrzeżach miasta i stanowczo za daleko do ukochanej Łodzi, żeby nie zainteresować się teleportacją. Wyobraź sobie, że nie musisz się martwić, że nie masz parasola, bo wystarczy pstryknięcie palców i już jesteś zakopany w kocyku. Ile zaoszczędzisz na zniszczonych w śniegu butach. A ile czasu na migracji z punktu A do punktu B! I bardzo możliwe, że już nigdy się nie spóźnisz. Czego chcieć więcej?


Kiedyś wspominałam, że przydałaby mi się Myślodsiewnia, ale przecież w świecie Harry’ego Pottera teleportacja była równie przydatną umiejętnością, nawet jeśli związana raczej z magią niż z nadprzyrodzonymi zdolnościami. Co prawda niosła za sobą niekiedy konsekwencje, pojawiało się na przykład wysokie ryzyko utraty jakiejś kończyny, ale zaoszczędzony czas byłby nawet tego wart.

Redaktor Ego: Podpowiem jeszcze, że był przecież „Jumper” z Haydenem Christensenem.

Kinga: Następny pomysłowy się znalazł. Nie oglądałam i na pewno nie planuję.

Redaktor Ego: Znając panujące w fantastycznych światach i równoległych rzeczywistościach zasady, możemy mieć pewności, że na horyzoncie wkrótce pojawi się doświadczony przez życie opryszek, psując naszą radość z uzyskania niezwykłych mocy. Z całą pewnością początkowo będzie od nas sprawniejszy, a jego pseudonim będzie łączył się ze słowami: Black, Evil albo Reverse. W tym momencie sielanka się kończy i stajemy przed trudnym moralnym wyborem. Możemy zabrać swoje zabawki z piaskownicy i się oddalić albo zawalczyć o swoje (przy okazji wyciągając z opresji piękne niewiasty lub przystojnych młodzieńców). Dlatego przy wyborze oferty z super mocami zainwestowałbym w pakiet premium i zażyczył sobie solidnego zabezpieczenia.
Nazwisko Brandona Sandersona kojarzyć się może z pojawiającymi się co chwilę w księgarniach, opasłymi tomiszczami solidnej fantasy (serio, takim klocem można by kogoś nieźle poturbować). Pisarz w przerwach między pisaniem...pisze jeszcze więcej, zabawiając się z innymi gatunkami. W „Stalowym Sercu” nad naszym światem zawisła kometa Calamity, wywołując u części ludzkości superbohaterskie mutacje. W ten sposób narodzili się Epicy. Nikt jednak nie założył peleryny i nie pędził na złamanie karku, by walczyć ze złem. Okazuje się, że wielka moc deprawuje każdego i nowymi władcami świata zostają obdarzeni niezwykłymi zdolnościami „szczęśliwcy”. Zmierzyć się z nimi próbuje ruch oporu zwany Mścicielami. Niestety zadanie mają nad wyraz utrudnione. Nie dość, że Epicy mają nad nimi przewagę „komiksowych” umiejętności, to pokonanie ich wymaga bardzo konkretnych okoliczności. Słabością Supermana jest Kryptonit, ale wyobraź sobie, że zadziała on tylko w rękach osoby posiadającej określoną cechę lub tylko w określonych warunkach pogodowych. Sprawa z trudnej zamienia się w naprawdę koszmarną, lecz nikt nie mówił, że bycie Mścicielem jest łatwe. Ja za to tylko z takim zabezpieczeniem, mógłbym spać spokojnie, ciesząc się każdą super umiejętnością.


Kinga: Nie może być zbyt łatwo, wtedy byłoby nudno. Równie trudną walkę można stoczyć z jednostką, która potrafi wyciągnąć z człowieka największą słabość, jaką jest uległość. Namówić do wszystkiego. Choć ja wykorzystałabym tę umiejętność w nieco inny, mniej zimnokrwisty sposób, są tacy, którzy razem z nią dostaliby poważny zastrzyk makiawelizmu. Namawialiby innych do robienia szeregu niekoniecznie legalnych rzeczy, a w konsekwencji nawet do zabójstwa. Czy wiesz, o kim mówię?

Killgrave swój ciekawy dar opanował niemal do perfekcji. Manipulacja innymi szła mu jak proste równania matematyczne, a biedna Jess Jones musiała się nieźle namachać, żeby w ogóle mieć szanse stawić mu czoła. Gdyby tak przenieść to na nasze realia i załatwić sobie w ten sposób całkiem niezłą pracę albo w końcu zaprowadzić sprawiedliwość w uczelnianym systemie oceniania, życie mogłoby przebiegać całkiem przyjemnie. I nie zrobilibyśmy tym raczej nikomu żadnej krzywdy. Można by też przecież rozpocząć współpracę z policją i zmuszać podejrzanych do złożenia najszczerszych zeznań w ich życiu, co poniekąd robi nasz stary dobry kumpel, Lucyfer. Podobny motyw możemy też obserwować w „Pamiętnikach Wampirów”, ale tam to nie wydaje się aż tak atrakcyjne. Zresztą, w Mistyc Falls pierwsze skrzypce gra długowieczność, której za nic bym nie chciała.


Redaktor Ego: W tym momencie najprawdopodobniej wywołam białą gorączkę u wszystkich fanów i strażników tolkienowskiego kanonu. O tym, co wydarzyło się między „Hobbitem” a „Władcą Pierścieni” niewiele wiadomo. Studio Monolith Productions uznało, że to idealna okazja, aby wyruszyć w rejs w dziewicze rejony i opowiedzieć własną historię (nie zawsze trzymając się książkowych faktów). Głównym bohaterem gier „Cień Mordoru” oraz „Cień Wojny” jest Talion. Jest on Strażnikiem z Czarnej Bramy (kolorystyka podobna, ale nie mylić z Nocną Strażą z Muru). Ma kochającą żonę i syna. Na co dzień zajmuje się wypatrywaniem potencjalnego zagrożenia nadciągającego od strony Mordoru. Praca jest całkiem wygodna, perspektywy przyzwoite, relacje z żoną jak najlepsze...czyli zaraz coś pójdzie nie tak.

Garnizon zostaje zaatakowany przez orków, a Talion jest świadkiem śmierci swojej rodziny. Chwilę później sam umiera. Czy to brzmi jak najkrótsza gra w historii? Bohater, zamiast trafić do zaświatów, otrzymuję pewną propozycję od Ducha Zemsty. Po samej nazwie domyślić się można, że wcale nie chodzi o pracę w charakterze konsultanta strategicznego. Strażnik scala się z elfickim upiorem i zyskuje tym samym szereg umiejętności pozwalających na efektowne wyrzynanie całych hord orkowych przeciwników (dostarczając tym samym graczom ekscytującej rozrywki). Kierując naszą postacią, stajemy się świecącą niczym ogromna jarzeniówka, maszyną do zabijania. Zwalniamy czas, celnym strzałem wywołujemy wybuchy, dokonujemy dekapitacji przeciwników za pomocą upiornego towarzysza i naginamy wolę przygłupich orkowych trepów do własnych potrzeb. Jeżeli istnieją sposoby na wyładowanie wszystkich moich frustracji, to bycie super upiornym zabójcą na granicy z Mordorem, musi być jednym z nich.


Kinga: Wcale nie trzeba Tolkiena, żeby wylać frustracje w Mordorze czy zdobyć szereg nowych powodów, by komuś złamać kręgosłup. Wystarczy pięć dni w tygodniu spędzać w Warszawce na Domaniewskiej.

Z reguły każda supermoc jest fajna, każdą moglibyśmy posiąść, choć na jeden dzień. Istnieją również takie, które pomimo że bardzo ciekawe i innowacyjne – nijak nieprzydatne. Ani nie uratujesz tym świata, ani tym bardziej nie zrobisz sobie w ten sposób obiadu bez ruszania się z kanapy. Jest jedna taka umiejętność (bo nawet trudno nazwać to supermocą), której niewątpliwą zaletą jest to, że potencjalny przeciwnik może umrzeć ze śmiechu, widząc coś takiego.

Wielokrotnie wspominałam stare dobre anime, „Naruto” jako produkcję, która wyryła się złotymi zgłoskami w moim sercu. Każdy z bohaterów tak naprawdę coś umiał, w czymś był świetny, czym zaskakującym gromił przeciwnika. Wśród tych wszystkich nadludzi umiejących klonować się bez końca, był jeden, dość wycofany bohater, którego jedyną pasją było dobrze zjeść, a umiejętnością – wgnieść wroga w podłogę. Dosłownie.


Jutsu ekspansji, którym mógł pochwalić się Chouji Akimichi, polega – najprościej mówiąc – na tym, że chłopak rozrasta się do potężnych rozmiarów, w tuszy chowa kończyny i głowę i jako wielka pędząca kula z siłą czołgu rozjeżdża wszystkich na swojej drodze. Nie jest to najlepsza metoda walki na świecie, ale na pewno najbezpieczniejsza dla samego wojownika. Najgorsze, co może się stać, to kilka siniaków na brzuchu. Cała reszta zamortyzowana jest przez… oczywiście grube kości. Chouji jest przykładem tego, że nie trzeba być w nieziemskiej kondycji, żeby stawiać czoła przeciwnościom. I przy okazji jest zabawny. Tak trzymać, popkulturo!

Redaktor Ego: Zaczynam dostrzegać u Ciebie coraz silniejszy fanatyzm na punkcie rozsądnego gospodarowania energią lub po prostu skrajny przykład hedonistycznego nicnierobizmu. Jeżeli zostałabyś kiedyś bohaterką komiksu lub innej superbohaterskiej produkcji przełamałabyś wszelkie standardy. Gdy innych moc popycha do walki o lepsze jutro, Ty mogłabyś dzięki super mocom...robić jeszcze mniej. Tego jeszcze chyba nie było. Skoro odczuwasz awersję do poruszania się, czuję się w obowiązku zaproponować coś bardziej odpowiadającego Twoim potrzebom.
    
Zdarza mi się od czasu do czasu należeć do osób czerpiących przyjemność z biegania (domyślam się, że możesz tego nie zrozumieć). Za aktywnym spędzaniem czasu przemawia wiele korzyści, takich jak poprawa krążenia i stanu zdrowia. Zyskuje na tym nasza forma. Możemy robić wiele rzeczy dłużej i bez zadyszki. Figura też na tym skorzysta i mamy szanse częściej chodzić w pozytywnym nastroju. Jeżeli to do Ciebie nie przemawia i w Twoich uszach brzmi to trochę jak coachingowy bełkot, to jest jeszcze jedna zaleta. Ile to razy w filmach grozy wystarczyłby solidny sprint lub trochę większa pojemność płuc, aby uniknąć zagrożenia. Brak tchu, plątające się nogi i ewidentny brak świadomości, że przyśpieszysz, jeżeli nie będziesz oglądać się stale przez ramie. Wszystko to ułatwia pracę wszelkim zamaskowanym mordercom. Chociaż ostatecznie jakość Twojej formy niewiele zmieni, bo i oni nie grają w berka do końca fair. Nie ważne bowiem jak szybko będziesz biegła koleś w białej masce ma 100% szans, że dogoni Cię i jeszcze wyprzedzi, po prostu idąc. Pokonywanie sporych odległości w krótkim czasie, bezwysiłkowo, za sprawą zwykłego chodu. Taka umiejętność powinna przypaść Ci do gustu.


Kinga: To niekoniecznie awersja do aktywności (to, że jej nie widzisz, nie znaczy że nie istnieje), a raczej zamiłowanie do jedzenia i dokarmiania wszystkich wokół. Pokonywanie długich dystansów w krótkim czasie po prostu idąc jest być może bezwysiłkowe, ale nadal w tej sytuacji wybieram teleport, który wymaga jeszcze mniej. Bieganie służy rekreacji i niech tak zostanie.
Pozostanę jednak w klimacie nicnierobienia (bo oczywiście trochę masz rację z tym moim fanatyzmem) i zdradzę Ci coś, czego z kolei Ty prawdopodobnie nie zrozumiesz. Facet przygotowujący się do wyjścia zakłada na siebie to co wisi akurat na krześle albo kilka pierwszych wyjętych z szafy rzeczy. My to zadanie mamy utrudnione, bo cierpimy na zespół za małej szafy i zbyt wielu ubrań. Stawanie przed szafą w dniu wielkiego wyjścia i przymierzanie kilku różnych zestawów jest kłopotliwe i stresujące. Wspaniale byłoby móc zmieniać swoje stylizacje, obracając się wokół własnej osi, tak jak to było zawsze w Simsach. Jaka to oszczędność czasu, która pozwoliłaby posprzątać, coś poczytać albo po prostu dłużej pospać.


Redaktor Ego: Moje pierwsze marzenie o superbohaterstwie jakie pamiętam, dotyczyło zostania Spider-Manem. Niestety niechęć do stworzeń posiadających więcej niż cztery odnóża krzyżowała mi plany i powstrzymała przed dziecięcymi eksperymentami mogącymi się zakończyć w najlepszym wypadku paskudnymi pogryzieniami. Dlatego, na długo jeszcze zanim świat usłyszał o Tomie Hollandzie, wymarzyłem sobie, że będę człowiekiem-pająkiem w zbroi niczym Iron-Man. Oczywiście nie było to do końca autorski pomysł, bo w takim stroju alternatywny świat ratował alternatywny Parker z kreskówki. Z czasem podrosłem i nieco zepsuł mnie wpływ kolegów i „złej” telewizji. Najpierw zacząłem oglądać „Heroes”, a potem stałem się zachłanny.

Popkultura jest święcie przekonana, że człapiąca leniwie przez miliony lat ewolucja, w przeciągu najbliższej dekady zacznie pędzić na łeb, na szyję dostarczając nam idealnie kinowego homo superior. Wbrew krążącej powszechnie opinii, nie każdy, kto odkrył w sobie objawy mutacji, może liczyć na ciepłe miejsce w placówce dla uzdolnionej młodzieży i starać się powołanie do szkolnej drużyny noszącej wielkie X na piersi. W świecie Herosów każdy zmaga się ze swoimi problemami, bohaterowie moją swoje wady i zalety, a do gładkolicego Supermana im niezwykle daleko. Oczywiście świat wymaga ratowania, lecz zadanie to spada na nietypową grupę. Jest tam striptizerka, skorumpowany polityk, ćpun i policjant z nadwagą. Jednym z tych nietypowych bohaterów jest Peter Petrelli. Wzór wszelkich niewinności i naiwności. Głęboko w złotym sercu czuje, że urodził się do wielkich czynów, że życie przygotowało dla niego coś niezwykłego. Pod każdym niemal względem jest przesłodko uroczy i niewiele brakuje mu do polimorfowania w szczeniaczka. Dlaczego więc ktoś taki jest moim ulubionym bohaterem? Od kiedy go poznałem mam tylko jedną odpowiedź na pytanie o ulubioną super moc. Po co wybierać skoro można mieć wszystkie. Peter bowiem ma zdolność absorbowania i używania umiejętności innych nadludzi. Nie ważne co byś sobie wymarzyła, ja dostałbym dokładnie to samo.


Kinga: Raczej nie wszystkie chciałbyś mieć. Ja na przykład za żadne pieniądze nie chciałabym czytać innych w myślach. Po pierwsze dlatego, że wiem, co każdego dnia przemyka się po mojej głowie i nie chciałam znać tych wszystkich przyprawionych szczegółów, które przemykają się po innych głowach. Po drugie dlatego, że nie zniosłabym tylu głosów słyszanych jednocześnie w tramwaju czy innym autobusie. Jeden mi wystarczy.

Jest za to inna rzecz, o której po cichu marzę każdej Wigilii i każdego kolejnego dnia. Chciałabym tak od czasu do czasu porozmawiać sobie z moim kotem czy psem kuzyna. Dowiedzieć się, co im siedzi w głowach, co myślą o bufecie ustawionym pod ścianą w kuchni, kogo tak naprawdę lubią i o co chodzi z tym zakopywaniem jedzenia. Taki motyw kojarzy mi się z „Dr. Dolittle”, ale też z wieloma innymi tworami popkultury, w których zwierzęta mogły się komunikować choćby między sobą, ale ludzkim głosem. Ten dar, podobnie jak większość omówionych przeze mnie do tej pory, nie jest jakoś szalenie przydatny i trudno byłoby mi za jego pomocą bronić szarych obywateli, ale w końcu dowiedziałabym się, co dokładnie myśli mój kot, kiedy biorę go na ramię i udaję, że jest karabinem.


Redaktor Ego: Nie tylko Brandon Sanderson stworzył na kartach swoich książek alternatywną rzeczywistość pełną ludzi obdarzonych niezwykłymi umiejętnościami. George R. R. Martin na wiele lat przed wydaniem „Gry o Tron” wraz z grupą zaprzyjaźnionych pisarzy powołał do życia „Dzikie Karty”. Tak jak w poprzednich przykładach super moce nie wiążą się z błyskiem fleszy i ratowaniem ludzkości. Niedługo po zakończeniu II wojny światowej nad Nowym Jorkiem rozpylony zostaje wirus obcego pochodzenia. Tysiące ludzi przekonuje się na własnej skórze, że życie rzeczywiście lubi grać w pokera. Części z nich się poszczęściło. Zyskali mniej lub bardziej niezwykłe umiejętności — super siłę, zdolność latania, przechodzenie przez ściany czy nawet odbieranie życia w trakcie stosunku seksualnego — stali się oni Asami. Mieli oni szanse ukryć swoje zdolności i spróbować żyć normalnie. Ci mający zdecydowanie mniej szczęścia nazywani zostali Dżokerami. Wirus nie obdarował ich mocami, ale okropnymi deformacjami ciała i umysłu, przekreślając szanse na normalne życie.

Pośród nich wszystkich jest również Croyd. Miał czternaście lat, gdy wszystko się zaczęło. Zmianę swojego życia przespał. Po czterotygodniowej drzemce spełniło się marzenie niejednego dojrzewającego chłopca. Obudził się silniejszy, sprawniejszy, wyższy i porośnięty futrem. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił...była wielka wyżerka. Nawet w tak niezwykłej rzeczywistości bohater stworzony przez Rogera Zelaznego jest niezwykle charakterystyczny. Życie Croyda przebiega od drzemki do drzemki. Potrafi nie spać tygodniami, ale jak już zaśnie, traci kontakt ze światem na całe miesiące. Jego super mocą nie jest ani spanie, ani obżarstwo (to potrafimy nawet my). Za każdym razem po przebudzeniu chłopak budzi się zupełnie inny. Raz jest Asem z niezwykłymi umiejętnościami, następnym zdeformowanym nic nieumiejącym Dżokerem.


Takie życie z pewnością jest męczące, ale wystarczy odpowiednie podejście w stylu B. Gryllsa (Imrpovise. Adapt. Overcome.) i pomyśl ile niezwykłych niespodzianek by na nas czekało. Dodatkowo ja już uwielbiam spać i jeść. Posiadanie takiej umiejętności byłoby po prostu sprawiedliwe.

Kinga: Supermocą w zasadzie można nazwać wszystko. Nie muszą też one koniecznie służyć do ratowania świata. Powiem nawet, że przeciwnie – od tego w naszej rzeczywistości są służby specjalne. Supermoce mogłyby z pełnym powodzeniem ułatwiać życie szarym, zmęczonym obywatelom, nierzadko też wyjątkowo leniwym. Umiejętność szybkiego poruszania się bez większego wysiłku nie tylko mogłaby pomóc w ucieczce przed starszym panem w parku, ale także pozwoliłaby zagiąć na Endomondo niejednego Kenijczyka. Dzięki teleportacji uniknęlibyśmy nieprzyjemnych spóźnień, a rozmowa ze zwierzętami dałaby szereg nowych możliwości kooperacyjnych. Można też być zachłannym i zapragnąć mieć je wszystkie, ale czy na przestrzeni lat taka nadgorliwość kiedykolwiek się opłaciła?

Nieważne, jak mocno marzymy o tej czy innej nadzwyczajnej umiejętności, jesteśmy tylko ludźmi (coraz trudniej uwierzyć, że list z Hogwartu zagubił się gdzieś po drodze) i jedyne, co możemy zrobić to obserwować, jak bohaterowie filmów czy książek posługują się nimi zamiast nas.

sobota, 2 czerwca 2018

Wszystkie dzieci nasze są, czyli ulubieni mali bohaterowie

Wszystkie dzieci nasze są, czyli ulubieni mali bohaterowie


Redaktor Ego: Dla nas beztroskie dzieciństwo skończyło się już dawno. Teraz pozostała nam jeszcze chwila częściowo tylko beztroskiego studiowania. Potem nadejdzie czas na dorosłe życie, w którym okazję do obejrzenia kreskówki czy zbudowania modelu z klocków LEGO będziemy mieli dopiero, gdy sami zostaniemy rodzicami. Nie powinno to jednak w żaden sposób przeszkadzać w rozbudzaniu drzemiącego, gdzieś głęboko, naszego wewnętrznego dzieciaka. Co więcej, powinniśmy robić to jak najczęściej, bo dzięki temu nawet najbardziej błahe rzeczy mogą niezwykle bawić, a niektóre problemy przestają już straszyć nas swoimi wielkim zębiskami i przekrwionymi oczami. Zamiast szukać swojego duchowego zwierzęcia (w moim przypadku byłby to koala albo leniwiec) bądź patronusa (już widzę, jak zawzięcie broniłaby mnie panda czy alpaka), powinniśmy zadbać o to, by mieć sztamę z naszą wersją mini. I nawet jeżeli straciliśmy szczerość, wiarę w sprawiedliwość i nieco naiwne spojrzenie na świat, to powinniśmy spróbować je odzyskać (przynajmniej na chwilę) i znów spojrzeć na świat oczami, które dostrzegają magię w najmniejszych i najprostszych zjawiskach. Do życzeń dla dorosłych jeszcze z pewnością wrócimy, teraz jednak swoje święto miały wszystkie dzieciaki. To idealny moment, by poszukać małych bohaterów, którzy na popkulturowym „placu zabaw” mieli swoje kilka minut. Świadomość, że Twój instynkt macierzyński uciszyłaś, a wszelką miłość przelałaś na futrzaste pociechy, tym samym lokując się w grupie osób nieprzepadających za ludzkim potomstwem, sprawia, że Twoich propozycji nie mogę się wręcz doczekać.

Kinga: Trafiłeś tym w dziesiątkę – jedyne dzieci jakie akceptuje w moim otoczeniu to małe zwierzęta i zielone rośliny. Dlatego kiedy rzuciłeś ten pomysł, broniłam się rękami i nogami, żeby potem ulec i stwierdzić „będzie wyzwanie”. Filmów z dziećmi w obsadzie praktycznie nie oglądam, widząc je w telewizji zawsze zmieniam kanał, a kiedy na ekranie kinowym pojawia się jakiś młodociany, nagle mam coś superważnego do sprawdzenia w telefonie. W jednym jednak się z Tobą zgadzam – dzieci mają niezwykłą zdolność obserwowania świata takim, jaki faktycznie jest. Nie zdążyły jeszcze poznać sztuki nadinterpretacji, a ta ich dziecięca naiwność jest cechą, którą chętnie bym pożyczyła chociaż na jeden dzień.

Redaktor Ego: Świetnym punktem wyjścia jest niezwykłe spojrzenie dzieciaków na świat. Nie powiedziałbym jednak, że widzą rzeczywistość, taką jaka naprawdę jest. Często widzą coś, czego dla nas, dorosłych, tak naprawdę nie ma, bądź dzięki sile swej wyobraźni uciekają do świata, gdzie wszystko staje się prostsze, a problemy łatwiej rozwiązać. Przypisują rzeczom niezwykłe cechy i starają się sprowadzić je do poziomu fantazji, a dzięki bajkowej kreacji zagrożenia łatwiej im niektóre rzeczy zrozumieć i stawić im czoła. W bajkach bowiem dobro zawsze wygrywało, a wszystko kończyło się szczęśliwie.

Świetnym i zarazem niezwykle wzruszającym przykładem dziecięcego radzenia sobie z życiowym dramatem, jest film „7 minut po północy”. Główny bohater to 10-letni Conor. Mimo młodego wieku jego życie niewiele ma wspólnego z beztroskim dzieciństwem. W szkole jest ofiarą przemocy ze strony starszych dzieciaków, wychowuje go samotna matka przegrywająca walkę z chorobą. Jego ojciec wyjechał za granicę i rzadko widuje się z synem, a relacje chłopca z jego babcią są pełne niechęci. Osamotnienie, brak przyjaciół i strach przed śmiercią matki sprawia, że w sercu Conora nie ma miejsca na dziecięcą radość. Życie wymaga od niego dojrzałości i natychmiastowej przemiany w dorosłego. Mimo ogromnej siły pozostaje on bezbronnym dzieckiem, które potrzebuje pomocy. Mentorem i wsparciem dla chłopca w trudnej chwili zostaje kilkumetrowy drzewny potwór odwiedzający go zawsze 7 minut po północy. Rozgadany wujek Groota obdarzony niskim głosem Liama Nessona opowiada chłopcu 3 historie, a płynące z nich morały mają pomóc Conorowi w zmierzeniu się życiowymi trudnościami. Film na podstawie książki Patricka Nessa w wykonaniu J. A. Bayrony, to świetna, wzruszająca opowieść, która jest idealna zarówno dla młodego, jak i dorosłego widza. Dla tego drugiego ma również dodatkową wartość. Pozwala zrozumieć, w jaki sposób dzieci próbują zmagać się z problemami.


Kinga: To prawda, że wyobraźni nie można im także odmówić. Na początek nawiążę do trudnego dzieciństwa, o którym wspomniałeś i przeniosę Cię trochę w czasie. Podwójnie, bo chcę wyróżnić film sprzed 15 lat, którego akcja rozgrywa się w Londynie na początku XX wieku, kiedy to echo nadal niesie postrach po Kubie Rozpruwaczu, przy okazji syto drwiąc sobie ze Scotland Yardu.  Ale dziś nie o nim. Dziś będzie o pewnej londyńskiej sierocie z głową na karku.

Film, o którym mowa to „Rycerze z Szanghaju”, który jest w ogóle jednym z tych, do których najczęściej wracam w leniwe popołudnia. Lubię, kiedy twórcy puszczają oko do widza, sytuując akcję gdzieś dawno, dawno temu i wprowadzając postaci historyczne, które dzisiaj są znane na całym świecie, a w filmie pokazane są jako niczego nieświadome dzieci. Takim właśnie bohaterem jest młody złodziejaszek, który najpierw kradnie Owenowi Wilsonowi zegarek, aby przez resztę filmu w randomowych momentach ratować naszym głównym bohaterom skóry. Jest wygadany, momentami zabawny, wyjątkowo kreatywny i przejawia pewne umiejętności aktorskie. Pod koniec filmu w końcu pada pytanie o jego imię i okazuje się, że bohaterowie przez cały film współpracowali z samym Charlie Chaplinem. To w zasadzie szczegół, ale znacznie wpływa na moje postrzeganie tego bohatera, ale i całego filmu. W kontekście całej produkcji nie da się pominąć klimatu Anglii Wiktoriańskiej, tak bliskiej mojemu sercu. Chyba właśnie dlatego młody Chaplin przyszedł mi do głowy jako pierwszy. Poza tym życzyłabym sobie, żeby w jego wieku mieć taką gadanę.


Redaktor Ego: Nie zawsze bujna wyobraźnia była gwarantem świetnej zabawy. Nie raz płatała nam figle i odbijała się na naszej psychice. Ile to raz, gdy tylko w całym domu zgasły wszystkie źródła światła, z ciemności zaczęły wyłaniać się złowrogie cienie, demoniczne kształty, a gałęzie za oknem niepokojąco przypominały zasuszoną dłoń paskudnej czarownicy (gustującej oczywiście w potrawach z dziecięcego mięsa). Każdy doświadczony egzorcysta czy łowca potworów wie, że w takiej sytuacji najlepszą obroną jest niezastąpiony ulubiony kocyk. Ci odważniejsi mogą zaś zapalić światło i przekonać się, że w szafie nie ma potwora z Czarnej Laguny czy poczciwego Cujo, a jedynie sterta nieposkładanych ubrań. Będąc dzieckiem, gdy tylko usłyszałem motyw „Z Archiwum X”, żadne racjonalne tłumaczenia nic nie pomagały, bo wyobraźnia i tak robiła swoje. Po zgaszeniu światła w ciemności zawsze kryło się coś złego.

Graham Masterton swoją twórczość oparł w dużej mierze sprawdzonych i charakterystycznych motywach. Jest krwawo i okrutnie, wieje okultyzmem oraz mitologicznymi wierzeniami, a czas, który wypadałoby poświęcić na przedstawienie bohaterów, wykorzystywany jest do szczegółowej prezentacji wszelakich tortur i okropieństw. Wszytko to, wcześniej czy później podlane zostaje dużą dawką seksu. Ciężko wyobrazić sobie, aby pod opiekę jego wyobraźni oddać dziecko. Tak się jednak zdarzyło w „Aniele Jessiki”, gdzie autor pokazał się z zupełnie innej strony. W książce pozostaje on w obrębie swojego ulubionego gatunku, jednak do opowiedzenia historii zgrabnie wykorzystuje motywy znane z powieści dla dzieci, a elementy grozy buduje, czerpiąc z irracjonalnych dziecięcych leków. Jessica po śmierci rodziców ucieka w świat fantazji, zakochuje się we wróżkach i magicznych stworkach. Miłość ta oraz jej kalectwo sprawiają, że staje się ofiarą drwin szkolnych rówieśników. Dzieciaki w swoim okrucieństwie posuwają się za daleko i dziewczynka zepchnięta ze schodów traci przytomność. Po przebudzeniu zaczyna słyszeć głosy proszące ją o pomoc. Zupełnie jak Alicja czy rodzeństwo Pevensie, Jessica przenosi się do niezwykłego świata. Tym razem ukrytego za wyblakłą ze starości tapetą. Tam czeka na nią poważne niebezpieczeństwo. Jessika trafiła bowiem do miejsca, w którym strasząca ją w ciemności swoją „paszczą” szafa staje się ścigającym ją potworem.


Kinga: Mam wrażenie, że  wśród Twoich ulubieńców znajduje się sporo dzieci wykluczonych społecznie. Prześladowane, niechciane, biedne i nieszczęśliwe. A to temat, który jest tak przemaglowany przez wszystkie talent show, w których wystarczy, że nie masz rodziców, żeby wygrać, nie robiąc nic szczególnego. Zmęczona przesytem nieszczęśliwych ludzi będę się starała przełamać to postaciami, które wprowadzają w fabułę odrobinę humoru.
Kto nie kojarzy serii „Scary Movie”, która dostarczała nam płytkiej rozrywki i uprzyjemniała przykre wspomnienia związane z oglądaniem horrorów. W trzeciej części pojawia się postać Cody’ego, mojego kolejnego kandydata do dziecięcego tronu. Cóż lepszego niż parodia dziecięcej złośliwości, podsumowana pustymi żartami o rozjeżdżaniu samochodem czy wkręcaniu głowy w wiatrak. Cody, jako dziecko, któremu ciągle dzieje się jakaś krzywda, mniejsza lub większa, dostarcza mi odpowiedniej dawki rozrywki przez cały czas trwania filmu, a i motyw jego czytania w myślach uatrakcyjnia trochę płytki humor całej komedii. Choć jest postacią drugoplanową, niekoniecznie istotną dla całości fabuły, jego autystyczna twarz zapada w pamięć i powiedziałabym nawet,  że odrobinę pomaga połączyć wszystko w jedną historię, zarówno jeśli mówimy o trzeciej, jak i czwartej części serii.


Redaktor Ego: Łączenie ze sobą odmiennych gatunków czy przeplatanie niepasujących do siebie na pierwszy rzut oka motywów dzięki pomysłowości i błyskotliwości twórców może nieść dla widza przyjemne zaskoczenie. Zabiegi takie zawsze mogą wprowadzić drobny powiew świeżości, a my mamy możliwość ponarzekać sobie trochę, dlaczego to my nie wpadliśmy na taki ciekawy i teraz już oczywisty pomysł. Według niektórych, pewnych elementów połączyć się po prostu nie da. Uważam, że przy odpowiedniej kreatywności i wyczuciu promocji oraz dobrego smaku zrobić można wszystko. Czy mroczny, nieprzyjemny i brutalny świat dark fantasy nie mógłby mieć po drodze z literaturą dla młodzieży? Dlaczego nie. Niestety Leigh Bardugo sztuka ta nie do końca się udała w „Szóstce Wron”, co jednak nie oznacza, że takie połączenie nie jest możliwe. W tym momencie muszę Cię trochę rozczarować, bo nadal pozostanę przy bohaterach wykluczonych.

Książka opowiada o grupie wyrzutków, którzy dzięki swoim niezwykłym umiejętnościom oraz współpracy podejmują się niewykonalnego zadania — chcą włamać się do Lodowego Dworu niezdobytej twierdzy należącej do łowców czarownic. Ekipa, niczym drużyna Ethana Hunta z „Mission: Impossible”, składa się z niezwykłych jednostek. Świetny strateg oraz genialny oszust, bezwzględna i cicha zabójczyni, łowca czarownic, potężna czarodziejka-ciałobójczyni i strzelec wyborowy. Musieli oni przez całe swoje życie wykorzystać swoje zalety, by przetrwać w pełnych bezprawia i okrucieństwach slumsach. Teraz ramie w ramię stają do zadania, dzięki któremu przejdą do legendy. Relacje między bohaterami, cudownie opisany świat oraz świetnie przygotowany plan, którego nie powstydziłyby się hollywoodzkie superprodukcje, sprawia, że książka niesamowicie wciąga i dostarczając mnóstwa rozrywki. Problem z drobnym brakiem wyczucia smaku jest taki, że magiczni „Oceans Eleven's” są zaledwie dziećmi. Gdy robią w konia wyszkolonych łowców, wychodzą z najcięższych opresji lub gdy w końcu kradną czołg, by efektownie uciec nim z twierdzy świadomość, że mają zaledwie po czternaście lat, sprawia, że całość zaczyna poważnie zgrzytać. Jasne, że żyjąc na ulicy, musieli szybciej dorosnąć. Oczywiste jest, że nie spędzają oni czasu jak zwykłe dzieciaki i zamiast gry w zbijaka wolą skrytobójcze wojny. Jednak gdy z kolejnymi rozdziałami myśli się o ich wieku, trudno traktować wszystko poważnie. Na szczęście autorka niezwykle rzadko przypomina nam, że bohaterowie dopiero co odrośli od ziemi, dzięki czemu łatwo o tym zapomnieć. Na moja listę trafiają, bo choćbym się wypierał, to sam widziałem, że tym dzieciaczkom udało się zadanie niewykonalne.

Kinga: Ja w takim razie konsekwentnie brnę dalej w postaci, które są raczej zadowolone z życia, choć może przez to nudne. Wiadomo, cierpienie lepiej się sprzedaje, niemniej promowanie historii z pozytywnym tłem też jest niczego sobie. Tobie się chyba jeszcze nie zdarzyło w naszych zestawieniach wspomnieć o jakiejkolwiek polskiej produkcji, a jeśli tak to wybacz zapominalstwo, ale ja z chęcią wyrobię normę za Ciebie.

Kiedy w Polsce pojawił się szał na „Listy do M” i nikt nie spodziewał się, że będzie tego osiemnaście części, większość tłumnie ruszyła do kin, żeby zobaczyć, czy to coś warte. I nie będę tu wartościować tego filmu, bo zdaję sobie sprawę, że chwalenie rodzimych produkcji w Polsce jest szalenie passe i społecznie nieakceptowalne, zwłaszcza kiedy jest to komedia romantyczna, ale chciałabym wyróżnić jednego z nieletnich bohaterów. Kostek Konieczny reprezentuje wszystkie cechy, których w dzieciach nie lubię, a jednocześnie na ekranie potrafił mnie do siebie przekonać. Dziecięca bezpośredniość, uszczypliwość, sypanie głupimi tekstami i pozorna niewinność są u niego całkiem do przeżycia. Do tego trzeba przyznać, że wizualnie jest całkiem uroczy. Mogłabym mieć takie zwierzątko jak Kostek, gdyby koty i buldogi francuskie nagle tajemniczo wyginęły. I chyba po prostu lubię Kubę Jankiewicza, odtwórcę roli Kostka.


Redaktor Ego: W sumie, jakby się dobrze zastanowić, to tak naprawdę nie dziwię się Twojej niechęci do dzieci. Zauważyć można, że największą sympatią darzy się te cudze, bo możemy nacieszyć się ich słodkością i uroczym zachowaniem, ale jak tylko zaczynają płakać i krzyczeć, odwracamy je od siebie i delikatnym dotknięciem w plecy kierujemy je w stronę rodziców. Było fajnie, ale niech oni zajmą się resztą. Za trud i pracę włożoną w wychowanie dziecka ich opiekunom należy się ogromny szacunek. Doskonale jednak wiemy, że niezależnie od starań, z ich pociech potrafi wyjść prawdziwy diabeł. Wystarczy, że rodziców nie ma w zasięgu wzroku i słodka buzia ze szczerym uśmiechem potrafi zmienić się w reprodukcję wnyków na niedźwiedzia. Dzieciaki potrafią być pyskate, zarozumiałe, irytujące i bezczelne. Najgorszy jest ten rodzaj, który gotów jest Cię w swoim nieokrzesaniu ugryźć. Masz jeszcze bardziej przegwizdane, jeżeli gryzące Cię dziecko jest zombie... albo czymś podobnym. Dlatego w tym przypadku jestem absolutnie pewien, że tej wszechstronnej dziewczyny nie polubisz.

Melanie mieszka w bazie wojskowej. Swój skromnie urządzony pokój dzieli z pryczą i zdjęciami kotów. Z samego rana grzecznie i starannie niczym Madeline szykuje się do zbliżających się zajęć. Zakłada pomarańczowy mundurek, a następnie siada na wózku inwalidzkim wyposażonym w skórzane pasy z kolekcji Hannibala Lectera. Z pokoju odbierają ją uzbrojeni żołnierze, a następnie prowadzą ją lekcje, gdzie może spotkać się z rówieśnikami. Melanie, tak jak inne dzieci, jest wyjątkowa. Jest drugim pokoleniem zombie. „Urodzone” przez zainfekowane wirusem ciężarne kobiety, stały się kolejnym gatunkiem na długiej, gamingowo-filmowej liście nieumarłych zagrożeń. Tym razem nikt nie ma zamiaru do nich strzelać. Dzieci bowiem poza zwierzęcym instynktem oraz pragnieniem przegryzienia każdemu szyjnej aorty są całkowicie komunikatywne i inteligentne. „The Girl with All the Gifts” wzbudza naprawdę mieszane uczucia. Z jednej strony porusza wiele interesujących kwestii oraz reprezentuje sobą nowe świeże podejście do tematu zombie. Z drugiej, bardziej niż z chodzącymi zwłokami mamy do czynienia z ludźmi umazanymi błotem i z rozregulowanymi stawami żuchwowymi (trzeba mieć trochę dystansu, by polubić brytyjskie wyczucie smaku). Niezależnie od jakości filmu i ostatecznej oceny, z całą pewnością nie można obojętnie przejść obok Melanie. Jest inteligentna, błyskotliwa oraz ciekawa świata. Poszukuje też bliskości, której każde dziecko pragnie. Co w zestawieniu z jej przypadłością tworzy ujmujący obraz, o którym ciężko będzie zapomnieć. Niezależenie czy film Cię przerazi, rozbawi czy zmusi do przemyśleń.


Kinga: Tematyka zombie faktycznie nie jest moją ulubioną, ale ostatecznie opowieść o dzieciaku, który jest półmartwy brzmi jak dobra zabawa.

O tym, że dzieci są małymi diabłami w ludzkiej skórze, oczywiście wszyscy wiedzą. Rodzicom oprócz szacunku należy się voucher na usługi dyplomowanego egzorcysty, żeby niektóre dziwne wybryki doprowadzić do porządku albo ewentualnie zapobiec rozwojowi sytuacji. Bo gdy nasze dziecko zacznie lewitować pod sufit albo spacerować w pozycji mostka, może być już za późno na wychowanie.

A co jeśli taki mikro diabeł spotka się z trochę większym, szalenie przystojnym diabłem? To się prosi o całkiem dobry duet. Nasz tytułowy „Lucyfer” nie sprawia wrażenia, jakby żywił jakiekolwiek pozytywne uczucia do dzieci, a jednak dogadują się z Trixie całkiem nieźle, zachowując przy tym pozory niechęci. I choć nie mają wyjścia, bo to dziecko jego ukochanej pani detektyw, dobrze się na to patrzy z perspektywy widza – jest zabawnie, a nie tkliwie, jak to najczęściej bywa w serialach czy filmach, gdzie dzieci mają odegrać rolę  biorę-cię-na-litość-bo-jestem-taki-smutny. Co ciekawe, mała, złośliwa, bezczelna Trixie kradnie także serce złośliwej i bezczelnej Maze i jestem bardzo ciekawa, jak taka „niania” może wpłynąć na dorosłość młodej sabotażystki. Trixie jest błyskotliwa, bezpośrednia i świetnie manipuluje innymi. To kolejne cechy, których zazdroszczę dzieciom, choć lubię je tylko u dorosłych. Trixie jest jak podwójne żółtko w jajku – zdarza się rzadko i niby nic nie zmienia, a jednak wywołuje uśmiech na twarzy. Do tego oczywiście jest przemądrzała, bezczelna i odrobinę rozpieszczona, wymuszając na rodzicach coraz to większe pokłady tortu czekoladowego. W ostatecznym rozrachunku okazuje się, że dziewczynka całkiem nieźle pasuje do pełnej niebezpieczeństw fabuły i jest doskonałym sprzymierzeńcem Lucyfera w walce o serce Chloe.


Redaktor Ego: Najwyższa pora na odrobinę klasyki. Wymienione przez nas powyżej dzieciaki z całą pewnością można polubić (mniej lub bardziej), jednak część z nich niewiele niektórym powie. Według mnie na naszej liście nie mogłoby zabraknąć kogoś tak wyjątkowego, jak Cole.
9-letni chłopiec ciężko zniósł rozwód swoich rodziców. Ma stany lękowe, zaburzenia nastroju, unika kontaktów z rówieśnikami. Jak każde dziecko będące w takim stanie uważany jest przez kolegów i nauczycieli za czubka i dziwadło. Cole jest jednak bardzo inteligentnym, troskliwym, bystrym i empatycznym dzieckiem, a w jego oczach dostrzec można ogromną dojrzałość. Żaden psycholog, psychiatra czy terapeuta nie może mu pomóc. Podświadomie chłopiec zdaje sobie zapewne sprawę, że zdradzając swoją tajemnicę, jego własna matka uznałaby go za wariata, a wkrótce po tym mógłby spodziewać się w pokoju wizyty egzorcysty lub pielęgniarzy z białym kaftanem. Nie może nikomu zaufać, bo i tak nikt nie potrafiłby mu pomóc. Obdarzony szóstym zmysłem Cole, widzi bowiem duchy. Duet Haley Joel Osment i Bruce Willis nie potrzebują nikogo do pomocy, aby odegrać głęboką, poruszającą i emocjonalną historię. Młody aktor genialnie wcielił się w głównego bohatera, zaś scena, w której z mokrymi od łez oczami wypowiada kwestię „I see dead people” zapisała się niezwykle wyraźnie w historii kina. Zresztą każda linijka tekstu wypowiedziana przez Osmenta wypadają świetnie, te szeptane zaś wywołują zimne dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Mimo młodego wieku Haley potrafił nadać swojej postaci mnóstwo wyrazu. Sam Cole zaś jest chłopcem, któremu niejeden dorosły mógłby pozazdrościć odwagi i emocjonalnej dojrzałości.


Kinga: Zakończyłeś szczyptą nadprzyrodzonych zdolności, więc i ja przytulę się odrobinę do tej tematyki. I oczywiście z miłą chęcią do mojego kolejnego bohatera.

Na koniec postanowiłam zostawić sobie mojego ulubieńca wśród ulubieńców. Bohatera, który skradł moje serce, podniósł poziom cukru we krwi do poziomu absurdu i sprawił, że po raz kolejny żałuję, że nie mam brata. Bohatera, przez którego po pierwszym sezonie serialu ocenionym na „no niech będzie” porwałam się na obejrzenie drugiego, żeby jeszcze trochę czasu z nim spędzić i posłuchać jak zabawnie sepleni.

Cały czas zastanawiam się, czym tak urzekł mnie serial „Stranger Things”, jeśli wszyscy bohaterowie czymś mnie denerwują. Albo są ciapciakowaci, albo przesadnie przekonani o swojej cudowności, albo wyglądają jakby bez przerwy mieli migrenę, albo ewentualnie są tak nijacy, że nawet trudno zapamiętać ich imiona. I tak sobie myślę, że chyba całą tę historię (poza klimatem lat 80, to był punkt zapalny do obejrzenia serialu) ratuje uroczy kudłaty Dustin. Jest okrąglutki, ma uroczy uśmiech, cudowne poczucie humoru, zamiłowanie do zwierząt (w zasadzie do jednego, jeśli w ogóle można Darta nazwać zwierzęciem) i w przeciwieństwie do swoich kolegów, koleżanek i innych dorosłych i dojrzewających, przede wszystkim jest jakiś i nie wygląda jakby miał za chwilę dostać zapaści. A poza tym, ma tak wspaniałą wadę wymowy, że aż chce się z nim pójść na bal zimowy, żeby posłuchać, jak się wypowiada. I to nie jest żadne wyśmiewanie się, wszystkie jego pozornie negatywne cechy są w jego przypadku tak urocze, że nie musiałby mnie dwa razy prosić, żebym zrobiła dla niego wszystko. Bo przecież tylko ze względu na wywiady z nim obejrzałam siedem półgodzinnych odcinków making of’a serialu. Nie mogę też zapomnieć o jego nieudolnym naśladowaniu Chewbacki, które w jego wykonaniu brzmi najlepiej na świecie. I tym dźwiękowym wspomnieniem zostawiam Cię z moim ostatnim przykładem, mając przy tym ogromną nadzieję, że sprostałam temu arcytrudnemu wyzwaniu. Grrrrrrrrrr!


Redaktor Ego: Myślę, że to idealny moment, żeby skończyć. Podejrzewam, że jeszcze chwila i rzucilibyśmy się sobie do gardeł niczym dzieci w piaskownicy, bo zdania na temat bohaterów „Stranger Things” mamy zdecydowanie odmienne. Natomiast oboje musimy zgodnie stwierdzić, że obecność dzieciaków czy to w książkach, filmach, serialach, czy grach sprawia, że wprawione w ruch zostają zupełnie inne pokłady naszych emocji. Dzięki swojej błyskotliwości, przebiegłości czy zgryźliwości potrafią rozbawić nas i rozczulić, dokładnie jak Dustin. Pojawiają się w mniej sprzyjających warunkach, sprawiają, że wszelkie nieprzyjemne miejsca stają się w naszym odczuciu jeszcze bardziej paskudne i przytłaczające (siostrzyczki zrobiły to z miastem Rapture w „BioShock”). Natomiast, gdy ich dziecięcy urok skażony zostaje pradawnym złem, żadna maszkara nie może się już z nimi równać, bo jaki stwór mógłby być bardziej przerażający niż bliźniaczki z „Lśnienia” czy Cage ze „Smętarza dla zwierzaków”.

Dzieciaki swoją obecnością sprawiają, że wszystko smakuje lepiej. Nie pozostaje nam nic innego jak życzyć sobie, żeby pojawiały się jak najczęściej.

Kinga: Zdanie na temat dzieci każdy człowiek ma inne. Pojawiają się różne „ale” albo wręcz przeciwnie – są tacy, którzy nie mogą się doczekać ich posiadania. Popkultura natomiast oferuje nam dzieciaki na odległość dla tych, którzy są dziecioodporni (dla mnie) – jest fajnie przez chwilę, ale absolutnie nie musimy babrać się w piaskownicy ich problemów przez cały nasz czas. Młodzi bohaterowie mogą nas bawić, wzruszać albo irytować, być samowystarczalnymi albo idealnie uzupełniać drugiego człowieka. Jakkolwiek byśmy je lubili czy nie, wczoraj miały swoje święto. Życzę więc Wam, moi drodzy młodociani, wszystkiego dobrego i jestem szalenie wdzięczna hipermarketom za zniżki na słodycze i planszówki.

Copyright © 2016 Redaktor Ego , Blogger