niedziela, 5 listopada 2017

Gabinet Strachu #5 (Nie)Zbędna nocna lampka


Szarpiąca jakąś nieprzyjemną wewnętrzną strunę czołówka "Z Archiwum X" czy pierwsze obejrzane horrory w stylu "Oszukać Przeznaczenie", czy "Piły" sprawiały, że nocami wyobraźnia odgrywała dla mnie prawdziwy festiwal skrzypnięć, stuknięć oraz widzianych kątem oka sylwetek i cieni, które nagle wypełniały cały dom. Komu się nigdy nie zdarzyło zauważyć w ciemności czegoś niepokojącego za drzwiami czy zniekształconej wysuszonej dłoni za oknem, które dziwnym trafem zaraz po tym, gdy zbierając się na odwagę, wymykaliśmy się spod koca, by w końcu zapalić światło, okazywały się stertą brudnych ubrań na krześle lub gałęzią uderzającą w okno. Na dobrą sprawę większość naszych irracjonalnych lęków wynika z tego, jakie pole do popisu otrzymuje nasza świadomość, gdy zaczyna nas otaczać mrok. Na szczęście zwykła lampka nocna dysponowała niesamowitą mocą unieszkodliwiania wszystkich wampirów, zombie i innych bestii ukrytych pod łóżkiem czy w szafie. Ten najbardziej podstawowy lęk w horrorach wykorzystywany jest nieraz w nadmiarze i ciężko byłoby wskazać film, którego akcja w kluczowych momentach działaby się w świetle dnia. Jest to podstawowe zagranie scenarzystów i w sumie nie ma się czemu dziwić. Zaskakujący może być fakt, że ktoś zdecydował się pomysł jeszcze bardziej uprościć.

David F. Sandberg postanawia sięgnąć po możliwie najprostszy pomysł do stworzenia horroru. Gdy bohaterowie gaszą światła, ich oczom ukazuję się wychudzona i rozczochrana sylwetka kobiety, której twarzy nie sposób dojrzeć (wszystkie współczesne horrorowe straszydła, korzystają z tego samego stylity). Wystarczy jednak, że wszelkie żarówki i świece zabłysną ciepłym i przyjemnym światłem, zagrożenie znika. Pomysł jest tak prosty, że może wydawać się po prostu głupi, jednak w tym szaleństwie (a raczej prostocie) jest metoda. Co więcej, Sandberg postanawia być stonowany i powściągliwy w pomysłach przez znaczną część filmu. W przeważającej większości nie mamy więc do czynienia z absurdalnymi scenami. Pojawiające się nie wiadomo skąd straszydło nie ma również (aż tak) odrealnionej historii. Jednak pójście w tym kierunku mocno uszczupliło możliwości, jakie pozostały reżyserowi. Sekwencje pojawiającego się i znikającego cienia, zależne od jakości oświetlenia pomieszczenia, nie zapełnią nam wystarczająco ciekawie 80 minut filmu. I pomimo kilku ciekawych "zabaw" ze światłem, zaczynamy oczekiwać czegoś więcej i czegoś nam brakuje.



Sprawę nieco ratują bohaterowie i wcale nie chodzi tu o główną bohaterkę. Rebeccę poznajemy jako złośliwą, chamską i niedojrzałą dziewczynę, która jest na tyle bezduszna, by zaraz po zapewne trochę przyjemnej nocy, wyrzucić swojego partnera za drzwi, usilnie nie nazywając go swoim chłopakiem. Po poznaniu dokładniej historii bohaterów okazuję się, że poza silnej i niezależnej dziewczyny spowodowana jest nieprzyjemną przeszłością. Nawet takie wyjaśnienie nie zwiększa sympatii do niej. Mimo ciągłego zagrożenia zawsze znajdzie wystarczająco dużo czasu, aby poprawić fryzurę, zrobić ostry makijaż i dobrać odpowiednie modne ciuchy — wygląd nieszczęśliwej i niekochanej bad girl musi być zachowany w najgorszych nawet warunkach. O wiele lepiej wypadają wszyscy wokół. Gabriel Bateman grający małego Martina brata Rebeccki, świetnie wczuwa się w klimat i z przekonaniem ogrywa zagubionego w sytuacji chłopca. Udowadnia również, że młode pokolenie coraz częściej prezentuje się na ekranach lepiej, niż ich o wiele starsi i bardziej doświadczeni koledzy po fachu. Sandberg odchodzi również od przedstawiania niezrównoważonych wariatów w jokerowym stylu. Sophie, matka głównych bohaterów, na skraju psychicznej równowagi i po wyraźnym praniu mózgu obecność niebezpiecznego bytu w swoim domu traktuje jak coś normalnego, co widać w kilku dialogach z córką, w których niezwykle naturalnie i przekonująco odwraca wszystko przeciwko bliskim i robiąc z nich szaleńców. Ostatnim członkiem szalonej rodzinki jest Bret, sympatyczny i troskliwy chłopak, który próbuje stale nawiązać poważną relację z dziewczyną i zachowuję się nad wyraz racjonalnie w każdej niebezpiecznej sytuacji.


Mimo starań i subtelności, twórcy zagonili się trochę w ślepy zaułek, nie pozostawiając sobie żadnego wystarczająco dobrego wyjścia. Ciekawa i prosta koncepcja z gaszenia świateł świetnie sprawdziła się przy krótkometrażówce z 2013 roku o tej samej nazwie, jednak rozciągnięta do rozmiaru pełnego filmu, nie dostarczyła zbyt wielu wrażeń. Na korzyść filmu przemawiać może jedynie brak takich elementów jak naprawdę głupkowate próby straszenia, niemający rąk i nóg zwrot akcji na koniec czy głupota i nieporadności samych głównych bohaterów. Z jednej strony jakiekolwiek większe urozmaicenia mogłyby zepsuć film, a prosty w obsłudze przeciwnik pozwala bohaterom znaleźć sposób na jego pokonanie, z drugiej jednak strony coś powinno nas mocniej porwać.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Redaktor Ego , Blogger