Szarpiąca
jakąś nieprzyjemną wewnętrzną strunę czołówka "Z Archiwum X" czy
pierwsze obejrzane horrory w stylu "Oszukać Przeznaczenie", czy
"Piły" sprawiały, że nocami wyobraźnia odgrywała dla mnie prawdziwy
festiwal skrzypnięć, stuknięć oraz widzianych kątem oka sylwetek i cieni, które
nagle wypełniały cały dom. Komu się nigdy nie zdarzyło zauważyć w ciemności
czegoś niepokojącego za drzwiami czy zniekształconej wysuszonej dłoni za oknem,
które dziwnym trafem zaraz po tym, gdy zbierając się na odwagę, wymykaliśmy się
spod koca, by w końcu zapalić światło, okazywały się stertą brudnych ubrań na
krześle lub gałęzią uderzającą w okno. Na dobrą sprawę większość naszych
irracjonalnych lęków wynika z tego, jakie pole do popisu otrzymuje nasza świadomość,
gdy zaczyna nas otaczać mrok. Na szczęście zwykła lampka nocna dysponowała
niesamowitą mocą unieszkodliwiania wszystkich wampirów, zombie i innych bestii
ukrytych pod łóżkiem czy w szafie. Ten najbardziej podstawowy lęk w horrorach
wykorzystywany jest nieraz w nadmiarze i ciężko byłoby wskazać film, którego
akcja w kluczowych momentach działaby się w świetle dnia. Jest to podstawowe
zagranie scenarzystów i w sumie nie ma się czemu dziwić. Zaskakujący może być
fakt, że ktoś zdecydował się pomysł jeszcze bardziej uprościć.
David F.
Sandberg postanawia sięgnąć po możliwie najprostszy pomysł do stworzenia
horroru. Gdy bohaterowie gaszą światła, ich oczom ukazuję się wychudzona i
rozczochrana sylwetka kobiety, której twarzy nie sposób dojrzeć (wszystkie
współczesne horrorowe straszydła, korzystają z tego samego stylity). Wystarczy
jednak, że wszelkie żarówki i świece zabłysną ciepłym i przyjemnym światłem,
zagrożenie znika. Pomysł jest tak prosty, że może wydawać się po prostu głupi,
jednak w tym szaleństwie (a raczej prostocie) jest metoda. Co więcej, Sandberg
postanawia być stonowany i powściągliwy w pomysłach przez znaczną część filmu.
W przeważającej większości nie mamy więc do czynienia z absurdalnymi scenami.
Pojawiające się nie wiadomo skąd straszydło nie ma również (aż tak)
odrealnionej historii. Jednak pójście w tym kierunku mocno uszczupliło
możliwości, jakie pozostały reżyserowi. Sekwencje pojawiającego się i
znikającego cienia, zależne od jakości oświetlenia pomieszczenia, nie zapełnią
nam wystarczająco ciekawie 80 minut filmu. I pomimo kilku ciekawych
"zabaw" ze światłem, zaczynamy oczekiwać czegoś więcej i czegoś nam
brakuje.
Sprawę
nieco ratują bohaterowie i wcale nie chodzi tu o główną bohaterkę. Rebeccę
poznajemy jako złośliwą, chamską i niedojrzałą dziewczynę, która jest na tyle
bezduszna, by zaraz po zapewne trochę przyjemnej nocy, wyrzucić swojego
partnera za drzwi, usilnie nie nazywając go swoim chłopakiem. Po poznaniu
dokładniej historii bohaterów okazuję się, że poza silnej i niezależnej
dziewczyny spowodowana jest nieprzyjemną przeszłością. Nawet takie wyjaśnienie
nie zwiększa sympatii do niej. Mimo ciągłego zagrożenia zawsze znajdzie
wystarczająco dużo czasu, aby poprawić fryzurę, zrobić ostry makijaż i dobrać
odpowiednie modne ciuchy — wygląd nieszczęśliwej i niekochanej bad girl musi
być zachowany w najgorszych nawet warunkach. O wiele lepiej wypadają wszyscy
wokół. Gabriel Bateman grający małego Martina brata Rebeccki, świetnie wczuwa
się w klimat i z przekonaniem ogrywa zagubionego w sytuacji chłopca. Udowadnia
również, że młode pokolenie coraz częściej prezentuje się na ekranach lepiej,
niż ich o wiele starsi i bardziej doświadczeni koledzy po fachu. Sandberg
odchodzi również od przedstawiania niezrównoważonych wariatów w jokerowym
stylu. Sophie, matka głównych bohaterów, na skraju psychicznej równowagi i po
wyraźnym praniu mózgu obecność niebezpiecznego bytu w swoim domu traktuje jak
coś normalnego, co widać w kilku dialogach z córką, w których niezwykle
naturalnie i przekonująco odwraca wszystko przeciwko bliskim i robiąc z nich
szaleńców. Ostatnim członkiem szalonej rodzinki jest Bret, sympatyczny i
troskliwy chłopak, który próbuje stale nawiązać poważną relację z dziewczyną i
zachowuję się nad wyraz racjonalnie w każdej niebezpiecznej sytuacji.
Mimo
starań i subtelności, twórcy zagonili się trochę w ślepy zaułek, nie
pozostawiając sobie żadnego wystarczająco dobrego wyjścia. Ciekawa i prosta
koncepcja z gaszenia świateł świetnie sprawdziła się przy krótkometrażówce z
2013 roku o tej samej nazwie, jednak rozciągnięta do rozmiaru pełnego filmu,
nie dostarczyła zbyt wielu wrażeń. Na korzyść filmu przemawiać może jedynie
brak takich elementów jak naprawdę głupkowate próby straszenia, niemający rąk i
nóg zwrot akcji na koniec czy głupota i nieporadności samych głównych
bohaterów. Z jednej strony jakiekolwiek większe urozmaicenia mogłyby zepsuć
film, a prosty w obsłudze przeciwnik pozwala bohaterom znaleźć sposób na jego
pokonanie, z drugiej jednak strony coś powinno nas mocniej porwać.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz