Coraz częściej w filmach i serialach widać tęsknotę za utraconymi bezpowrotnie cudownymi latami '70 i '80. Producenci filmów i seriali próbują przenieść nas do tych czasów, zapraszając na przejażdżkę oldschoolowymi rowerami, bądź furgonetkami w stylu "wehikułu tajemnic" lub przemalować współczesny wystrój wykorzystując najbardziej kiczowate kolory z tamtych lat. I o ile na ekranie powrót do przeszłości wygląda naprawdę fajnie i jeszcze się nikomu nie przejadł, to jeżeli znów powróci "moda na dzwony" to się chyba zabiję.
Bardziej niż za niezwykłością lat '80, Mike Flanagan tęsknił za tym, co działo się dekadę wcześniej, gdzie postanowił umieścić kolejną "przygodę" z planszą do seansów spirytystycznych w tle. Cała ta otoczka jest jedynie skromnym dodatkiem, bo na ekranie nie zobaczymy niczego niezwykłego, a całość jest przez reżysera robiona jedynie na pół gwizdka. Reżyser nie oferuje nam zbyt błyskotliwego i nowatorskiego pomysłu, postanawia za to sięgnąć do największych klasyków gatunku. Mamy więc tutaj do czynienia z nawiedzonym domem o wstrząsających tajemnicach, opętanym dzieckiem chodzącym okrakiem po ścianach oraz hitlerowskim lekarzem-rzeźnikiem oraz księdzem, który stanie do nierównej walki z demonem. Zanim jednak to wszystko spadnie nam na głowę i przytłoczy swoim nadmiarem pierwsza połowa to przyjemny w oglądaniu ghost-story.
Alice wraz ze swoimi córkami robią ludzi w konia, to znaczy za pomocą magicznej kuli, świec oraz wszystkich innych przyborów "małego spirytysty" przynoszą ulgę ludziom tęskniącym za bliskimi którzy odeszli. Jednak naigrywanie się z duchów, pomimo najlepszych nawet intencji, może nieść za sobą poważne konsekwencje. Wszelkie duchy dają o sobie znać dopiero za sprawą planszy ouija, udowadniając, że dopóki takiej nie będziemy posiadać, nic nam nie grozi. W tym momencie można odnieść wrażenie, że film zacznie nas na potęgę straszyć trzaskającymi szafkami, skrzypiącymi drzwiami, migającymi żarówkami i kotami wyskakującymi z piwnicy. Flanagan nie idzie jednak w tym kierunku. Mamy do czynienia ze scenami, w których jesteśmy święcie przekonani, że naszym oczom ukaże się paskudna facjata, a wraz z jej pojawieniem cała orkiestra strzeli nam po uszach jakimś niemiłosiernie głośnym fragmentem, byśmy po chwili znów mogli się cieszyć ciszą oraz świadomością, że to był tylko zły sen. Wokół bohaterek zaś powoli zaczynają się dziać dziwne rzeczy z kategorii — to można wytłumaczyć inaczej niż obecnością duchów. Atmosferę przerażania próbuję za to zasiać przerażającymi kwestami Doris. Jednak mała, sympatyczna dziewczynka o cudownie lśniących i starannie uczesanych blond włosach, nawet w mundurku szkolnym nijak nie przedstawią sobą nawiedzonego dziecka, dlatego też trzeba było się poratować i buzię obrzydzić jej komputerowymi efektami. Co jest dość dziwne, bo przecież dzieci potrafią być wystarczająco przerażające bez dodatkowej charakteryzacji. Młoda Lulu Wilson, jednak stara się wczuć w rolę jak tylko może, szkoda jedynie, że jest ona niedopracowana przez samych twórców.
Nawiedzony dom i opętane dziecko, nie było jednak dla reżysera wystarczające i postanawia on już na sam koniec dorzucić więcej i więcej. O ile wyjaśnienie czemu to wszystko się dzieje, byłoby naprawdę mile widziane, lecz Flanagan postanawia zaszaleć dopiero pod tym względem. Do wątków, które kształtowały się od początku, dorzucone są kolejne, przez co autor gubi nam się już zupełnie, a sam koniec filmu z klimatycznej i całkiem przyjemnej historii o samotnej matce, która wraz z córkami musi poradzić sobie z nawiedzającymi je duchami, zaczyna przeistaczać się w dość chaotyczny twór, który dzieje się za dużo. Dodawania pikanterii przez dorzucenie nam okrutnej historii, jakiej świadkiem był dom bohaterek, powinno mieć miejsce zdecydowanie wcześniej lub być całkowicie odpuszczone. Jeżeli jednak darujemy sobie skupianie się na całości i próbowanie rozwiązania i wyprostowanie pętli wątków możemy przynajmniej nacieszyć się nieco widokiem demonicznie podrasowanej już dziewczynki. Chociaż każdy fan horroru z pewnością stwierdzi, że to wersja soft nawiedzonego dziecka powinna być zawsze straszniejsza.
Przez pierwszą połowę "Ouija..." plusuje ciekawym początkiem, o ile przymknie się oko na to, ze zamiast lat '70 dostajemy raczej parodię "Scooby-Doo", na szczęście potem od tego odchodzi i pozostaje nam horror, w którym lata nie mają znaczenia. Wraz z całkiem dobrymi postaciami czekamy, aż zaczną one powoli odkrywać przerażającą tajemnicę. Gdy jednak dochodzi do scen pełnych wyjaśnień, jest ich tak dużo, że nie mamy już zupełnie pojęcia, co się dzieje. Warto wtedy dać sobie spokój i oglądać straszydła, którymi chce się pochwalić reżyser.
Po obejrzeniu tak fatalnych gniotów, jak "Aplik@cja" czy "Diabelski Młyn" mój próg tolerancji chyba znaczącą się przesunął. Mój znajomy za to uznałby, że po prostu się "zeszma*łem", lecz pomimo niskich ocen i fatalnych opinii, jakie na temat "Oujia: Narodziny Zła" wyraża wszechwiedzący internet, coś wewnątrz mnie, bądź jakiś duch szepczący mi do ucha, każę mi ten akurat film obronić. Chociaż na miano świetnego filmu nie zasługuje, to do totalnego dna, zdecydowanie mu daleko.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz