Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horrory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horrory. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 listopada 2017

Gabinet Strachu #9 - ...a świstak siedzi i nie może w to uwierzyć

Gabinet Strachu #9 - ...a świstak siedzi i nie może w to uwierzyć

W kinie mieliśmy już naprawdę przeróżne miksy, połączenia i zabawy materią. W świcie filmów grozy przewinęły się przez lata pomysły wybitne, sporo jest tych naprawdę prostych, a w pamięć dość mocno wrzynają się te najbardziej absurdalne jak mordercza opona czy krwiożercze donaty i człowiek często zastanawia się, czy to jeszcze na serio, czy to już była satyra. Teraz proszę was, abyście zamknęli oczy (ale dopiero jak skończycie czytać) odprężyli się i spróbowali sobie wyobrazić połączenie "Dnia Świstaka", "Legalnej Blondynki" oraz "Krzyku". W tym momencie nie powiem "spokojnie to tylko zły sen", bo coś takiego w zasadzie istnieje. "Happy Death Day" jednak miesza nie tylko pod tym względem. Mało która produkcja potrafi tak diametralnie, w tak krótkim czasie zmienić odczucia widza. Zaczyna się bowiem od rozczarowania, przez zażenowanie, rozbawienie aż po wyczekiwanie w napięciu na odpowiedź kim właściwie jest zabójca.

Opisanie tego pokręconego filmu za pomocą jakiegoś porównania jest po prostu za trudne. Oczywiście można byłby uprościć i powiedzieć, że produkcja najzwyczajniej w świecie drze łacha z komedii z Billem Murrayem. Byłoby to jednak olbrzymie niedopowiedzenie, bo w całym tym szaleństwie jest jakaś metoda. Christopher Landon od samego początku wprowadza nas w zażenowanie i robi wszystko, żebyśmy jego dzieła nie polubili. W pierwszych minutach irytujące jest po prostu wszystko. Tree, nasza główna bohaterka jest imprezową blondyneczką, która ponad używanie swoich szarych komórek stawia zakrapiane alkoholem imprezy, które zaliczy do udanych, dopiero gdy jakiś samiec wystarczająco dokładnie ją wymaca. Irygująca, drażniąca i zarozumiała w życiu nie słyszała o tym, że dla ludzi trzeba być miłym. Jakby tego było mało, dziewczyna znajduje się na kampusie, który aż ocieka stereotypami. Mamy tutaj obrazki przerysowane z niezwykłą dokładnością z młodzieżowych tytułów takich jak "High School Musical". W kolorowej zbieraninie nie zabrakło nikogo: wrednych i wyniosłych siostrzyczek z kappa coś tam, cukierkowej fanki anime, przypakowanych przystojniaków, którzy wolą jednak podziwiać kolegów w szatni czy w końcu nieśmiałych chłopców w kraciastych koszulach, czy ładnych i skromnych kujonek. Jeżeli dodamy do tego zabójcę w masce bobasa, który na narzędzie zbrodni wybiera kuchenny nóż, to wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że mamy do czynienia z horrorem dla młodzieży... a to nie zwiastuje niczego dobrego.



Może to fakt, że Tree jest słownikowym przykładem sukowatości, sprawia, że zostaje ona zamknięta w pętli czasu i dostaje ona szansę przemyślenia i naprawienia swojego postępowania lub też zwykła sprawiedliwość każe jej przeżywać raz za razem jej własną śmierć. Po kilku restartach dziewczyna jednak zaczyna się już orientować w sytuacji i postanawia podjąć jakieś działania. W tym momencie dzieje się coś, co z pewnością kiedyś odczuło wielu graczy. Chociaż niejedna osoba chciałaby mieć nielimitowaną liczbę żyć, to życzenie spełnić się może jedynie w grach wideo i to pod warunkiem, że użyjemy cheatów. Kończy się to jednak zawsze tak samo. Rozgrywka staje się monotonna i zaczyna nas nużyć, a jedyne co dalej trzyma nas przed minitorami to chęć poznania dalszej historii, a wrażeń dostarczyć może nam jakiś zwrot akcji, po to, by po chwili znów nudzić się grą. W tym momencie z filmem dzieje się to samo. Pozbawiona śmiertelności dziewczyna przestaje zważać na wszelkie zadawane jej obrażenia i prze przed siebie próbując dowiedzieć się, kto znajduję się za nieprzyjemną maską... i robi to w iście komediowym stylu. Poziom absurdu osiąga tutaj szczyt i zaczyna się prawdziwe niedowierzanie, bo o ile przed chwilą był to naprawdę kiepski horror klasy B, tak teraz stał się głupią komedią i aż trudno uwierzyć, że dziewczyna, która przed chwilą dostała nożem między żebra, teraz maluje twarz barwami moro, aby obserwować kogoś z krzaków.

W momencie, gdy już czujesz, że po prostu dłużej nie wytrzymasz oglądania takiej szmiry, raz za razem łapiesz się na tym, że zastanawiasz się, kim jest zabójca i coraz częściej zaczynasz kibicować bohaterce, by na koniec zacząć się irytować nie ze względu na postaci, kiczowatość czy kiepski humor, ale męczy to, że Tree mimo swoich starań nie może wyrwać się z pętli, nawet w momencie, gdy wszyscy jesteśmy przekonani, że to już koniec.



Wbrew pozorom "Happy Death Day" ma sporo atutów. Po pierwsze Jessica Rothe jako Tree, odwaliła kawał dobrej roboty, bo skoro na początku niesamowicie nas irytowała i drażniła, po to, by na końcu autentycznie męczyć się razem z nią w tej beznadziejnej sytuacji, to świadczy o tym, że zagrała to nad wyraz przekonująco. W ostatnim czasie wielu reżyserów bierze się za horrory, nie mając najmniejszego pojęcia o tym, jak powinno to wyglądać. Gdyby film Landona miał być jedynie horrorem, mielibyśmy slasher będący kiepską kopią "Krzyku", zdając sobie sprawę ze swoich słabości, postanawia więc zabawić się tematem, zbliżając się do granic absurdu, lecz wszystko wychodzi produkcji na dobre, bo otrzymujemy coś, co w jakimś stopniu się wyróżnia, mimo że jest nad wyraz wyraźną kopią pomysłu, to swoją absurdalnością i niepoważnym podejście usypia czujność widza na tyle, że w końcówce wszystko, co się działo było zaskoczeniem.


niedziela, 5 listopada 2017

Gabinet Strachu #8 - Nie otwieraj tych cholernych drzwi

Gabinet Strachu #8 - Nie otwieraj tych cholernych drzwi

Mając do czynienia ze starożytnymi ruinami ukrytymi gdzieś w gąszczu tropikalnych lasów Brazylii, piaskowych pustkowi Egiptu czy monsunowych lasach Indii, spodziewamy się raczej, że będzie się tam kręcił ktoś wyposażony w pejcz, stylowy kapelusz lub przynajmniej obdarzony jest wyrazistym... biustem i dwoma poręcznymi spluwami. Ostatecznie widok turystów lub narkotykowego półświatka też nikogo by bardzo nie dziwił. Zaskoczeniem może być jednak fakt, że do takiego miejsca udaje się pogrążona w rozpaczy matka.

"The Other Side of the Door" jest tym filmem, który usilnie próbuje udawać horror za pomocą wykrzywionych twarzy i przerażających koszmarów, lecz tak naprawdę ma zadatki na dramat lub co najwyżej słaby thriller. W tym przypadku jednak produkcja jest na tyle miła, że już od samego początku daje nam dość wyraźnie do zrozumienia, że będziemy mieli do czynienia z czymś, co będzie pełne niedociągnięć. W pierwszej scenie możemy obejrzeć zakochaną młodą parę, która spacerując po indyjskiej plaży, decyduje się zostać w kraju słynącym z curry i Bollywood. Chwilę później Maria i Michael spotykają małą dziewczynkę, której z oczu zaczyna płynąć krew, a twarz przeobraża się w facjatę ponurego straszydła. Film dla pewności przekonał nas, że na pewno się nie pomyliliśmy i oglądamy kino grozy, wszystkie wątpliwości zostały rozwiane. Okazuje się jednak, że wszystko było snem, a pobudce głównej bohaterki towarzyszy rzucający się w oczy napis, uwaga: SIX YEARS LATER. Już na starcie mamy pytania, które nie dotyczą fabuły, ale logiki. Bo od czego minęło 6 lat? Czy od spotkania z demonicznym dzieckiem? Jeżeli tak to Indie są naprawdę zakręconym i niefajnym miejscem i mam nadzieję, że ktoś pomógł tej biednej dziewczynce. Zresztą nieważne, obserwując bowiem poczynania "matki roku" szybko okaże się, że nie to będzie nas zastanawiało.


Maria jest pogrążona w depresji, nie może się pogodzić z tragiczną utratą syna, dlatego też w końcu decyduje się na odebranie sobie życia. Nie udaje się jej to jednak. Może ona na szczęście liczyć na wsparcie kochającego męża. W takich chwila najmniej taktowni bliscy często rzucają rady w stylu: "spróbuj o tym nie myśleć" lub podnoszą na duchu zapewnieniami, że wszystko się kiedyś ułoży. Pod tym względem wszystkich na głowę bije gosposia Marii. Odwiedzając kobietę, która otarła się o śmierć i ledwo utrzymuję kontakt z otoczeniem "Wróżka chrzestna" w sari opowiada jej o starożytnych ruinach ukrytych w lesie i możliwości porozmawiania ze zmarłymi. Jeżeli chodzi o podtrzymywanie na duchu, ta postać wymiata wszystkich. Zdesperowana matka, będąc i tak w fatalnym stanie po płukaniu żołądka postanawia uwierzyć w lokalne mity i legendy, a ekshumację i zbezczeszczenie zwłok niedawno zmarłego syna uważa za świetny pomysł. Nawet najbardziej zrozpaczone osoby jednak mają w sobie jakiekolwiek odruchy wrażliwości czy zdrowego rozsądku, nawet najmniejsze zawahanie się świadczyłoby, o resztach człowieczeństwa. Jednak nie ma co na to liczyć, film trzeba pchnąć dalej, bo przecież będziemy straszyli widza.
Starożytne ruiny i hinduski folklor, aż się proszą o coś naprawdę smakowitego, bo przecież wstydem byłoby w tak kolorowych i egzotycznych okolicznościach pozostawić widza zaledwie z przeciętnymi zombie. Film jednak pod tym względem idzie na przekór sobie w totalnie przeciwnym kierunku i zamiast próbować przekonująco grać horror, robi wszystko, aby jednak być thrillerem. Zamiast zombie i demonów, będziemy mieli jump scare z udziałem przedstawicieli hinduskiej sekty religijnej — Aghori. Wysmarowani ludzkimi prochami i jedzący zwłoki, gdy się już jednak pojawiają, są dość straszni. Czy nie przeraziłby nas widok takiej osoby stojącej w środku nocy w naszym ogródku? Na dobrą sprawę na tym mogłoby się skończyć. Jednak Robertsowi było mało i potrzebował czegoś jeszcze. Zamiast przepychu, różnorodności i kreatywności jak w bollywoodzkim tańcu synchronicznym mamy dokładnie to samo co w Stanach. Poruszające się przedmioty, skradające się za plecami potwory, które znikną zaraz, gdy się odwrócimy oraz obumierające wokół rośliny i małe zwierzątka. Co więcej, rozhisteryzowana do tej pory matka nic nie robi sobie z obecności nowego lokatora. Jest to dla niej na tyle normalne, że chwilę po tym, jak usłyszy samogrający fortepian, postanawia umyć naczynia.

Pozostaje nam pogodzić się z faktem, że gdzie nie pojechaliby amerykanie, wraz ze sobą biorą wszystkie dostępne klisze i choćby wylądowali w najbardziej odległym zakątku świata, spotka ich dokładnie to samo co na ojczystej ziemi. Muszę przyznać, że gdy do wszystkiego włącza się duch, zdaje się, że w końcu się udało i film przypomina już nieco bardziej horror. Obdarzony jednak ambicjami i iście ułańską fantazją Roberts chce więcej, ale niestety w tym momencie chyba grzebiąc w skarbonce puka o dno, bo wszystko, co widzimy w końcówce to efekty zalatujące tekturą i gumą na kilometr, do tego stopnia, że może i wystraszy nas pojawiająca się krzywa gęba, lecz chwile potem będziemy się jedynie głośno śmiali, bo ktoś z ekipy musiał wyskoczyć po ten rekwizyt chyba na odpustowy stragan.



Od próby udawania horroru bardziej męcząca i absurdalna jest sama główna bohaterka. Chociaż z całego serca powinniśmy jej współczuć tragedii, jaka ją dotknęła, jednak jej pozbawiona wyrazu i nieraz zakończeń nerwowych postać, za każdym razem zaskakuje coraz bardziej swoją nieporadnością i brakiem w zanadrzu jakiejkolwiek mimiki. Każda jej reakcja jest tak oderwana od logicznego postępowania, że zaczynamy się zastanawiać czy przypadkiem wszystko to się nie dzieje przypadkiem w umyśle schizofreniczki. Smutne jest również to, że "The Other Side of the Door" jest kolejnym horrorem niesionym na fali egotycznej mody, który zabiera nas na wycieczkę po świecie. Jednak tak jak w przypadku "The Forest" czy "The Windmill Massacre" za zmianą lokalizacji nie idzie absolutnie nic, a sięganie do regionalnych wierzeń kończy się tutaj równie fatalnie, jak w przypadku baby jagi z "Don't Knock Twice". Niczym się nie wyróżnia, niczym nie zaskakuje, a do Indii ekipa pojechała na wakacje, bo historia równie dobrze mogłaby dziać się gdziekolwiek.




Gabinet Strachu #7 - Zagłodzona Baba Jaga

Gabinet Strachu #7 - Zagłodzona Baba Jaga

Gdy Jaś i Małgosia spotkali na swojej drodze Babę Jagę, zamieszkiwała ona akurat domek wykonany z piernika. Zazwyczaj spotkana w głębi lasu w swojej chatce na kurzej stopie, wyobrażana jest najczęściej jako korpulentna zgarbiona starszą panią z zakrzywionym nosem, w towarzystwie kruka, kota lub sowy, ważąca w swoim dymiącym garze insze wywary i zaklęcia lub gotująca w piecu potrawy z małych dzieci, która za ulubiony środek transportu ma miotłę. Jest również jedną z nielicznych pozostałości po naszej rodzimej słowiańskiej mitologii. Jeżeli jednak chcecie obejrzeć "Babę Jagę" w brytyjskiej wersji, to musicie zapomnieć o garbie, kurzajkach na nosie i Nimbusie z czasów NRD. Jeżeli spodziewaliście się mrocznej wersji baśni braci Grimm, to nie macie na co liczyć, bo postać z "Don't Knock Twice" wychudzona z ciemnymi włosami zakrywającymi twarz przypomina raczej Samarę z "The Ring" niż jakąkolwiek złą wiedźmę z bajek Disneya. Walijczyk Caradog W. James tym samym wyprowadził mnie z błędnego myślenia, że to tylko za oceanem nie mają pojęcia, jak wygląda świat na wschód od nich. Dzwoniło mu jednak w jakimś kościele i postać słowiańskiej wiedźmy połączył z Polską.

Strasznie zinterpretowana postać baby jagi nie jest jednak głównym powodem, którym film do siebie zniechęcę już od samego początku. O ile tajemniczy demon-czarownica mieszkający w ruderze, gdzieś w Cardiff i lubiący przekąsić od czasu do czasu jakieś małe dziecko mógł być dość przerażający. To naprawdę straszniejsza była dopiero sama gra aktorska. Już w jednej z pierwszych scen jesteśmy świadkami bez przekonania opowiedzianej strasznej historii, pozbawionej wyrazu i napięcia. Zupełnie jakby to opowiadający ją Danny zasiadał na fotelu reżysera lub był to zabawny zabieg, w którym wypowiedziane na początku zdanie odzwierciedla całą produkcję. Tak czy inaczej, film jako horror właśnie taki jest: bez wyrazu, bez napięcia i opowiedziany bez przekonania. Zupełnie jakby ktoś chciał straszyć, ale nie miał pojęcia jak to zrobić, więc podpatrzył losowe sceny z losowych filmów. Mamy straszaki w postaci zęba w zupę albo krwi lejącej się z kranu, jednak bez współpracy samych postaci są to jedynie puste sceny.



Nieco lepiej wypada próba naprawienia stosunków między głównymi postaciami. Ze względu na to, że Jess w młodości prowadziła bujne życie towarzyskie wypełnione alkoholem i narkotykami, Chloe jest zmuszona spędzić część swojego dzieciństwa w sierocińcu. Gdy eksperymenty ze wszelakimi używkami idą w odstawkę, wyrodna matka postanawia zawalczyć o swoje dziecko i chociaż to jest już niemal dorosłe, odbudować rodzinne relacje między nimi. Jak to bywa w takich delikatnych i skomplikowanych sytuacjach bohaterki raz się do siebie zbliżają, raz oddalają, a w czasie tego emocjonalnego huśtania, raz jest całkiem normalnie, a raz Chloe znów ma okazje bez sensu wypowiedzieć kilka niemiłych słów w kierunku matki. Do tego pojawiają się koszmary z udziałem starszej pani i fanatyczne wypowiedzi sąsiadki, które mają nam przypomnieć, że cały czas mamy do czynienia z horrorem. I to jedyny sposób, w którym film próbuję nas przekonać.
Na plus filmu przemawia za to kolorystyka i klimat. Wszystko utrzymane jest w nieprzyjemnych szarych i błękitnych zimnych barwach. Ogromny dom, w którym dzieje się akcja wydaje się ciągle pusty i chłodny. Wszystko to jednak mimo wszystko bardziej pasuje do dramatycznej narracji, niż do mocno umownego, strasznego oblicza filmu. Potem do całości dorzucony zostaje wątek kryminalny, niemal równocześnie z próbą zahaczenie o okultyzm i mitologiczne wierzenie. Wszystko jednak bardziej przechyla się w stronę detektywa oraz nierozwiązanej sprawy sprzed lat i w tym momencie wszelkie nadzieje muszą legnąć w gruzach, bo o ile spodziewaliśmy się horroru otrzymaliśmy ciągnący się i pozbawiony chęci do życia dramat z domieszką kryminału.


"Don't Knock Twice" horrorem jest tylko umownie. James próbuję urozmaicić dramat rodzinny kilkoma (powiedzmy) strasznymi scenami i po pewnym czasie dorzucić do tego zupełnie okazjonalnie samą babę jagę. Z drugiej strony burzliwe relacje między bohaterkami miały być chyba jedynie tłem dla napisanej na nowe współczesnej wersji strasznej babci, której bały się całe pokolenia dzieci, a którą pokonało odważne gimmowskie rodzeństwo. Oba te elementy były więc jedynie dodatkami, co sprawiło, że nie dostaliśmy niczego wartościowego, wyrazistego i sensownego, czego moglibyśmy się trzymać przez cały film.




Gabinet Strachu #6 - Co za dużo, to niezdrowo

Gabinet Strachu #6 - Co za dużo, to niezdrowo

Coraz częściej w filmach i serialach widać tęsknotę za utraconymi bezpowrotnie cudownymi latami '70 i '80. Producenci filmów i seriali próbują przenieść nas do tych czasów, zapraszając na przejażdżkę oldschoolowymi rowerami, bądź furgonetkami w stylu "wehikułu tajemnic" lub przemalować współczesny wystrój wykorzystując najbardziej kiczowate kolory z tamtych lat. I o ile na ekranie powrót do przeszłości wygląda naprawdę fajnie i jeszcze się nikomu nie przejadł, to jeżeli znów powróci "moda na dzwony" to się chyba zabiję.

Bardziej niż za niezwykłością lat '80, Mike Flanagan tęsknił za tym, co działo się dekadę wcześniej, gdzie postanowił umieścić kolejną "przygodę" z planszą do seansów spirytystycznych w tle. Cała ta otoczka jest jedynie skromnym dodatkiem, bo na ekranie nie zobaczymy niczego niezwykłego, a całość jest przez reżysera robiona jedynie na pół gwizdka. Reżyser nie oferuje nam zbyt błyskotliwego i nowatorskiego pomysłu, postanawia za to sięgnąć do największych klasyków gatunku. Mamy więc tutaj do czynienia z nawiedzonym domem o wstrząsających tajemnicach, opętanym dzieckiem chodzącym okrakiem po ścianach oraz hitlerowskim lekarzem-rzeźnikiem oraz księdzem, który stanie do nierównej walki z demonem. Zanim jednak to wszystko spadnie nam na głowę i przytłoczy swoim nadmiarem pierwsza połowa to przyjemny w oglądaniu ghost-story.


Alice wraz ze swoimi córkami robią ludzi w konia, to znaczy za pomocą magicznej kuli, świec oraz wszystkich innych przyborów "małego spirytysty" przynoszą ulgę ludziom tęskniącym za bliskimi którzy odeszli. Jednak naigrywanie się z duchów, pomimo najlepszych nawet intencji, może nieść za sobą poważne konsekwencje. Wszelkie duchy dają o sobie znać dopiero za sprawą planszy ouija, udowadniając, że dopóki takiej nie będziemy posiadać, nic nam nie grozi. W tym momencie można odnieść wrażenie, że film zacznie nas na potęgę straszyć trzaskającymi szafkami, skrzypiącymi drzwiami, migającymi żarówkami i kotami wyskakującymi z piwnicy. Flanagan nie idzie jednak w tym kierunku. Mamy do czynienia ze scenami, w których jesteśmy święcie przekonani, że naszym oczom ukaże się paskudna facjata, a wraz z jej pojawieniem cała orkiestra strzeli nam po uszach jakimś niemiłosiernie głośnym fragmentem, byśmy po chwili znów mogli się cieszyć ciszą oraz świadomością, że to był tylko zły sen. Wokół bohaterek zaś powoli zaczynają się dziać dziwne rzeczy z kategorii — to można wytłumaczyć inaczej niż obecnością duchów. Atmosferę przerażania próbuję za to zasiać przerażającymi kwestami Doris. Jednak mała, sympatyczna dziewczynka o cudownie lśniących i starannie uczesanych blond włosach, nawet w mundurku szkolnym nijak nie przedstawią sobą nawiedzonego dziecka, dlatego też trzeba było się poratować i buzię obrzydzić jej komputerowymi efektami. Co jest dość dziwne, bo przecież dzieci potrafią być wystarczająco przerażające bez dodatkowej charakteryzacji. Młoda Lulu Wilson, jednak stara się wczuć w rolę jak tylko może, szkoda jedynie, że jest ona niedopracowana przez samych twórców.


Nawiedzony dom i opętane dziecko, nie było jednak dla reżysera wystarczające i postanawia on już na sam koniec dorzucić więcej i więcej. O ile wyjaśnienie czemu to wszystko się dzieje, byłoby naprawdę mile widziane, lecz Flanagan postanawia zaszaleć dopiero pod tym względem. Do wątków, które kształtowały się od początku, dorzucone są kolejne, przez co autor gubi nam się już zupełnie, a sam koniec filmu z klimatycznej i całkiem przyjemnej historii o samotnej matce, która wraz z córkami musi poradzić sobie z nawiedzającymi je duchami, zaczyna przeistaczać się w dość chaotyczny twór, który dzieje się za dużo. Dodawania pikanterii przez dorzucenie nam okrutnej historii, jakiej świadkiem był dom bohaterek, powinno mieć miejsce zdecydowanie wcześniej lub być całkowicie odpuszczone. Jeżeli jednak darujemy sobie skupianie się na całości i próbowanie rozwiązania i wyprostowanie pętli wątków możemy przynajmniej nacieszyć się nieco widokiem demonicznie podrasowanej już dziewczynki. Chociaż każdy fan horroru z pewnością stwierdzi, że to wersja soft nawiedzonego dziecka powinna być zawsze straszniejsza.


Przez pierwszą połowę "Ouija..." plusuje ciekawym początkiem, o ile przymknie się oko na to, ze zamiast lat '70 dostajemy raczej parodię "Scooby-Doo", na szczęście potem od tego odchodzi i pozostaje nam horror, w którym lata nie mają znaczenia. Wraz z całkiem dobrymi postaciami czekamy, aż zaczną one powoli odkrywać przerażającą tajemnicę. Gdy jednak dochodzi do scen pełnych wyjaśnień, jest ich tak dużo, że nie mamy już zupełnie pojęcia, co się dzieje. Warto wtedy dać sobie spokój i oglądać straszydła, którymi chce się pochwalić reżyser.

Po obejrzeniu tak fatalnych gniotów, jak "Aplik@cja" czy "Diabelski Młyn" mój próg tolerancji chyba znaczącą się przesunął. Mój znajomy za to uznałby, że po prostu się "zeszma*łem", lecz pomimo niskich ocen i fatalnych opinii, jakie na temat "Oujia: Narodziny Zła" wyraża wszechwiedzący internet, coś wewnątrz mnie, bądź jakiś duch szepczący mi do ucha, każę mi ten akurat film obronić. Chociaż na miano świetnego filmu nie zasługuje, to do totalnego dna, zdecydowanie mu daleko.  




Gabinet Strachu #5 (Nie)Zbędna nocna lampka

Gabinet Strachu #5 (Nie)Zbędna nocna lampka

Szarpiąca jakąś nieprzyjemną wewnętrzną strunę czołówka "Z Archiwum X" czy pierwsze obejrzane horrory w stylu "Oszukać Przeznaczenie", czy "Piły" sprawiały, że nocami wyobraźnia odgrywała dla mnie prawdziwy festiwal skrzypnięć, stuknięć oraz widzianych kątem oka sylwetek i cieni, które nagle wypełniały cały dom. Komu się nigdy nie zdarzyło zauważyć w ciemności czegoś niepokojącego za drzwiami czy zniekształconej wysuszonej dłoni za oknem, które dziwnym trafem zaraz po tym, gdy zbierając się na odwagę, wymykaliśmy się spod koca, by w końcu zapalić światło, okazywały się stertą brudnych ubrań na krześle lub gałęzią uderzającą w okno. Na dobrą sprawę większość naszych irracjonalnych lęków wynika z tego, jakie pole do popisu otrzymuje nasza świadomość, gdy zaczyna nas otaczać mrok. Na szczęście zwykła lampka nocna dysponowała niesamowitą mocą unieszkodliwiania wszystkich wampirów, zombie i innych bestii ukrytych pod łóżkiem czy w szafie. Ten najbardziej podstawowy lęk w horrorach wykorzystywany jest nieraz w nadmiarze i ciężko byłoby wskazać film, którego akcja w kluczowych momentach działaby się w świetle dnia. Jest to podstawowe zagranie scenarzystów i w sumie nie ma się czemu dziwić. Zaskakujący może być fakt, że ktoś zdecydował się pomysł jeszcze bardziej uprościć.

David F. Sandberg postanawia sięgnąć po możliwie najprostszy pomysł do stworzenia horroru. Gdy bohaterowie gaszą światła, ich oczom ukazuję się wychudzona i rozczochrana sylwetka kobiety, której twarzy nie sposób dojrzeć (wszystkie współczesne horrorowe straszydła, korzystają z tego samego stylity). Wystarczy jednak, że wszelkie żarówki i świece zabłysną ciepłym i przyjemnym światłem, zagrożenie znika. Pomysł jest tak prosty, że może wydawać się po prostu głupi, jednak w tym szaleństwie (a raczej prostocie) jest metoda. Co więcej, Sandberg postanawia być stonowany i powściągliwy w pomysłach przez znaczną część filmu. W przeważającej większości nie mamy więc do czynienia z absurdalnymi scenami. Pojawiające się nie wiadomo skąd straszydło nie ma również (aż tak) odrealnionej historii. Jednak pójście w tym kierunku mocno uszczupliło możliwości, jakie pozostały reżyserowi. Sekwencje pojawiającego się i znikającego cienia, zależne od jakości oświetlenia pomieszczenia, nie zapełnią nam wystarczająco ciekawie 80 minut filmu. I pomimo kilku ciekawych "zabaw" ze światłem, zaczynamy oczekiwać czegoś więcej i czegoś nam brakuje.



Sprawę nieco ratują bohaterowie i wcale nie chodzi tu o główną bohaterkę. Rebeccę poznajemy jako złośliwą, chamską i niedojrzałą dziewczynę, która jest na tyle bezduszna, by zaraz po zapewne trochę przyjemnej nocy, wyrzucić swojego partnera za drzwi, usilnie nie nazywając go swoim chłopakiem. Po poznaniu dokładniej historii bohaterów okazuję się, że poza silnej i niezależnej dziewczyny spowodowana jest nieprzyjemną przeszłością. Nawet takie wyjaśnienie nie zwiększa sympatii do niej. Mimo ciągłego zagrożenia zawsze znajdzie wystarczająco dużo czasu, aby poprawić fryzurę, zrobić ostry makijaż i dobrać odpowiednie modne ciuchy — wygląd nieszczęśliwej i niekochanej bad girl musi być zachowany w najgorszych nawet warunkach. O wiele lepiej wypadają wszyscy wokół. Gabriel Bateman grający małego Martina brata Rebeccki, świetnie wczuwa się w klimat i z przekonaniem ogrywa zagubionego w sytuacji chłopca. Udowadnia również, że młode pokolenie coraz częściej prezentuje się na ekranach lepiej, niż ich o wiele starsi i bardziej doświadczeni koledzy po fachu. Sandberg odchodzi również od przedstawiania niezrównoważonych wariatów w jokerowym stylu. Sophie, matka głównych bohaterów, na skraju psychicznej równowagi i po wyraźnym praniu mózgu obecność niebezpiecznego bytu w swoim domu traktuje jak coś normalnego, co widać w kilku dialogach z córką, w których niezwykle naturalnie i przekonująco odwraca wszystko przeciwko bliskim i robiąc z nich szaleńców. Ostatnim członkiem szalonej rodzinki jest Bret, sympatyczny i troskliwy chłopak, który próbuje stale nawiązać poważną relację z dziewczyną i zachowuję się nad wyraz racjonalnie w każdej niebezpiecznej sytuacji.


Mimo starań i subtelności, twórcy zagonili się trochę w ślepy zaułek, nie pozostawiając sobie żadnego wystarczająco dobrego wyjścia. Ciekawa i prosta koncepcja z gaszenia świateł świetnie sprawdziła się przy krótkometrażówce z 2013 roku o tej samej nazwie, jednak rozciągnięta do rozmiaru pełnego filmu, nie dostarczyła zbyt wielu wrażeń. Na korzyść filmu przemawiać może jedynie brak takich elementów jak naprawdę głupkowate próby straszenia, niemający rąk i nóg zwrot akcji na koniec czy głupota i nieporadności samych głównych bohaterów. Z jednej strony jakiekolwiek większe urozmaicenia mogłyby zepsuć film, a prosty w obsłudze przeciwnik pozwala bohaterom znaleźć sposób na jego pokonanie, z drugiej jednak strony coś powinno nas mocniej porwać.


niedziela, 29 października 2017

Gabinet Strachu #4 - Symulator pieszych wędrówek po lesie

Gabinet Strachu #4 - Symulator pieszych wędrówek po lesie


Jest na świecie wiele miejsc, które mają nie najlepszą opinię, otoczone są aurą tajemnicy, a na ich temat krążą dziesiątki historii i legend, od których włos się jeży. Wśród najbardziej przerażających można wymienić opuszczoną szkołę weterynarii w Anderlechcie, park rozrywki Six Flags w Nowym Orleanie, wyspę Hashima na Morzu Wschodniochińskim czy w końcu absolutny klasyk – ukraińskie miasto duchów, czyli Prypeć. Od samego oglądania zdjęć człowieka przechodzi dreszcz, a lokacje bez większej charakteryzacji mogłyby nadawać się scenerię filmów grozy. U podnóża gór Fuji w Japonii znajduje się kolejne takie miejsce. Las Aokigahara, zwany Morzem Drzew, który swój wstrząsający wizerunek zawdzięcza nie tyle strasznym legendom, ile przerażającym statystyką – jest bowiem miejscem niezwykle często przez samobójców.

Przez lata blisko 100 ciał rocznie zostało odnajdywanych na terenie zajmującym ok. 30 km kwadratowych. Ponure statystki oraz miejscowe historie o duchach są niemal gotowym materiałem na horror, a tym który postanowił zejść z leśnej ścieżki i zajrzeć niebezpieczeństwu w oczy był Jason Zada. W swoim „The Forest” na dobrą sprawę miał już gotowca. Chociaż sam las podczas żadnego z ujęć tak naprawdę nie różni się niczym od zielonych obszarów Kanady czy Europy Wschodniej, to atmosferę budować powinny wszystkie małe ślady pozostawione przez ludzi, piszące swoją smutną historię: pozostawione i zniszczone obuwie czy namioty, konopne sznury zawieszone na gałęziach, wstążki wskazujące drogę powrotną na ścieżkę. Tego wszystkiego jednak zabrakło i na godzinę utknęliśmy w niczym niewyróżniającym parku narodowym. Rezygnacja z prostych rekwizytów byłaby może i zrozumiała, gdyby doszło do niej na rzecz efektów specjalnych. Szepty w leśnej ciszy, pokrzywione sylwetki pośród drzew, obrzydliwe halucynacje. Może i rzeczywiście pojawiało się to w filmie, ale wszystkiego było jak na lekarstwo.



Film już od samego początku nie zachęcał do zostania z nim na dłużej. Najwyraźniej ekipa nie mogła do końca się zdecydować, w jaki sposób rozpocząć całą historię, dlatego zamiast spokojnie i powoli zacząć się rozeznawać w tym, co się właściwie dzieje, dostaliśmy niemiłosiernie pocięte i chaotycznie ułożone trzy, czy nawet cztery odmienne narracje, dotyczące głównej bohaterki. W kwestii, która wersja będzie ważniejsza, do zgody nie doszło i w końcu uznano, że warto mieć na prolog kolokwialnie wywalone i przenieść akcję od razu do Japonii. Siostra bliźniaczka Sary (Natalie Dormer) zaginęła gdzieś w japońskim lesie, więc żeby więcej czasy poświęcić na straszenie widza, przerzuconą ją od razu na miejsce. Tyle że straszenia widza nie było w ogóle.

Główna bohaterka w trampkach i z walizką wyrusza od razu na pomoc swojej siostrze. Pięknej zagubionej dziewczynie w potrzebie postanawia pomóc reporter Aiden (Taylor Kinney), który organizując bardzo małą ekipę poszukiwawczą (przy trzech osobach przetrząśnięcie takiego lasu zajmie im około miesiąca, nic dziwnego, że z tego lasu prawie nie wychodzimy). Doświadczony przewodnik, tak samo, jak napotkane wcześniej niepokojąco dziwne panie, ostrzega kobietę przed tym, aby w lesie nie schodziła za ścieżki i że las nie jest zwykłym miejscem wybieranym przez samobójców. Ma on w sobie bowiem pewną siłę, która potrafi namieszać w głowie człowiekowi, szczególnie gdy ten jest przygnębiony i odczuwa smutek. Po tej powtarzającej się trzykrotnie kwestii spodziewać możemy się, że jakieś złe duchy zaczną szybko dawać o sobie znać, a pokręcone wizje i halucynacje będą spływać na nas orzeźwiającą kaskadą. Nic z tego. Pomimo możliwości, jakie daje wybrana przez reżysera lokacja, nie oglądamy nic niezwykłego i możemy odnieść wrażenie, że akcja zamiast do Japonii przeniosła nas do zagajnika, gdzie organizowane są firmowe zjazdy. Wyjątkowość Aokigahary i otoczka legend o niespokojnych duchach zostają maksymalnie spłaszczone, ale za to przez zdecydowaną większość filmu możemy podziwiać drzewa… i w sumie nic więcej.

W samej końcówce filmu rzutem na taśmę, Zada próbuję coś zrobić. Po męczącym wyczekiwaniu jedyne co ma nam do zaoferowania to zombie bardziej przypominające średniej jakości strój z Halloween niż filmowe realizacje umarlaków oraz kilka ponurych wizji mających swoje uzasadnienie zapewne w telepatii bliźniąt. Ponad godzinne wyczekiwanie, pozbawione jakiegokolwiek napięcia zwieńczone zostaje czymś totalnie nijakim. „The Forest” jest po prostu symulatorem chodzenia po lesie niemającym nawet najmniejszych turystycznych zalet. Wyprawa do zwykłego lasu z pewnością dostarczy każdemu o wiele większych wrażeń.


Gabinet Strachu #3 - Zimne suki nie zwiastują niczego dobrego

Gabinet Strachu #3 - Zimne suki nie zwiastują niczego dobrego

Co nie ułatwia opowiedzenia horroru bardziej niż przeniesienie jego akcji do przerażającego samego w sobie miejsca, takiego jak cmentarz, zakład psychiatryczny czy opuszczony dom. Buduje klimat, wykorzystując nasze skojarzeniami i lęki. Wystarczy tylko jakaś fabuła, tajemnicza siła i bezbronna niewinna ofiara. Leczy czy każdy daje radę wykorzystać potencjał takiego miejsca?

André Øvredal, twórca dość nietypowego Łowcy Trolli, niedostatecznie wykorzystał możliwości, jakie dało umieszczenie wydarzeń filmu w kostnicy. „Autopsja Jean Doe” początkowo przedstawia kryminalną zagadkę, która nieoczekiwanie i bez najmniejszego ostrzeżenia zamienia się w okultystyczno-magiczny bajzel, który pozostawia widza z wrażeniem, że przysnął chyba na zdecydowanie zbyt długo i przegapił naprawdę spory kawałek filmu.

Tommy i Austin – ojciec i syn – wspólnie prowadzą bardzo ciekawy rodzinny interes. W piwnicy swojego domu mają oni prosektorium, w którym rąbią, siekają, tną i rozcinają, a wszystko po to, by przysłużyć się miejscowej policji. Chociaż praca wydaje się niewdzięczna, obaj panowie z pewnością czują się w niej spełnieni, a Tommy stara się wyszkolić swojego syna na prawdziwego profesjonalistę, który kiedyś będzie mógł samodzielnie rozwinąć skrzydła. Ludzie ciała, nieważne w jak okropnym stanie, przed dwóją patologów to mają żadnych tajemnic. Gdy pewnego dnia, gdy w drzwiach ich zakładu pojawia się szeryf z nietypowym przypadkiem, okazuje się, że staną oni jednak przed tajemnicą, która może ich przerosnąć.


Film rozpoczyna się bardzo subtelnie, a Øvredal skupia się raczej na spokojnym budowaniu napięcia, a nie na efekciarskich efektach. Obserwując kolejne punkty autopsji przeprowadzanej przez bohaterów, zamiast rozwiązywać sprawę, pojawia się coraz więcej pytań, a nasuwające się odpowiedzi niewiele mają w sobie wspólnego z logiką. Tommy i Austin nie dają się jednak zniechęcić i wytrwale próbują znaleźć racjonalne rozwiązanie, a o to jest coraz trudniej. Wszelkie dziwne rzeczy, zaczynają dziać się bardzo powoli i są raczej umieszczone w kategorii „to nic takiego”, gdy jednak docieramy do momentu, w którym wyczekujemy czegoś mocnego, film zjeżdża do nieco niższego poziomu, próbując straszyć nas banalnym jumpscarem z udziałem… kota, by po chwili powrócić do tego, czym bawił się wcześniej reżyser (zupełnie jakby ktoś zastąpił go na chwile, gdy ten wyszedł do toalety, by zrobić mu niewinnego psikusa). Po czymś tak prostym jednak powrót do montowanej przez cały film atmosfery jest już niemożliwy. Dalsze rozcinanie zwłok zaczyna być po prostu męczące.

Jesteśmy więc w połowie filmu, a budowana aura utrzymuje się zbyt długo na stałym poziomie. Czas więc zacząć działać. Dokładnie w samym środku film zmienia zupełnie swój wydźwięk, do tego stopnia, że ma się wrażenie, że pomyliło się zupełnie kinową salę. Gasną światła, te żarówki, które się ostały, mrugają potępieńczo, wszystkie drzwi skrzypią, a na zewnątrz szaleje burza. Film zaczyna być po prostu horrorem i to zupełnie takim samym jak wszystkie inne do tej pory. Øvredal próbuję jednak utrzymać to, nad czym pracował od początku historii. Mimo że wszyscy lokatorzy prosektoryjnych szuflad postanawiają rozprostować kości, to żadnego z nich z bliska nie zobaczymy, muszą nam wystarczyć jedynie rozmywające się w cieniu i mgle niewyraźne sylwetki (niektórzy chyba jednak spodziewali się, że w kostnicy zobaczą malutką apokalipsę zombie). Okazuję się, że pomimo ich nadmiernej ruchliwości, nie stwarzają żadnego zagrożenia, co więcej znalazły chyba jakiś kąt do grania w karty, bo znikają nam zupełnie, dzięki czemu dwójka naukowców może kontynuować autopsje (to się nazywa poświęcenie dla pracy). Wydawać by się mogło, że dość racjonalni i opierający swoją pracę na nauce bohaterowie w nieco odmienny sposób podejdą do otaczających i wydarzeń (żaden jednak nie nawet nie zasugerował, że mogą być to zwykłe halucynacje). Postanawiają oni grzebać w Jene Doe dalej, przekonani, że próbuję ona coś ukryć. Zaniechując jakichkolwiek prób ucieczki jeszcze zanim nawet je porządnie podjęli.


Mimo że miejsce wybrane przez Øvredala wydaje się wręcz idealne: dość urokliwie wyglądające prosektoryjna sala czy staro wyglądające korytarze z łatwością mogły zamienić się w klaustrofobiczną pułapkę dla głównych bohaterów, jednak pomimo takiego wyboru potencjał miejsca wcale nie jest odpowiednio wykorzystany, co więcej wydaje się, że mamy do czynienia z całym kompleksem w piwnicy domu Tildenów – zagrożenie nagle znika, a powinno zagrażać nieustanie, bo w końcu znajduje się za ścianą.

Podział filmu na dwie odmienne części wyraźny jest też w postaciach, na początku obaj aktorzy dobrze odnajdują się w swoich rolach, odgrywając sympatyczne relacje ojciec-syn. Jedyną niepokojącą oznaką jest fakt, że młody Austin zamiast wyjść z dziewczyną do kina woli pogrzebać przy zimnej su... (dla Emmy powinno być to wyraźnie ostrzeżenie). Później dwójka wykształconych kolesi dostaje nagłego spadku IQ, a co najgorsze zarówno Tommy, jak i jego syn, przyjmują najbardziej, zdawałoby się absurdalną wersję wydarzeń jako pewnik, nie próbując szukać logicznego wyjaśnienia, czy po prostu wyjścia z kostnicy.

Jane Doe wyszłoby na zdrowie… na dobre, gdyby na reżyserskim stołku zasiadły dwie osoby, André Øvredal stworzył naprawdę dobre wprowadzenie i dość przyzwoicie budował w filmie napięcie, w którymś z momentów się jednak zaciął i nie wiedział jak przejść do wielkiego finału (a tego właśnie przejścia najbardziej brakowało), gdyby dołączył do niego ktoś gustujący w klimatach egzorcyzmów i okultyzmu, film do końca mógł pozostać na przyzwoitym poziomie. Zamiast tego dostaliśmy dwa różne kawałki mięsa wymieszane w prosektoryjnej lodówce, pomiędzy którymi wyraźnie brakowało sporego fragmentu, który ktoś chyba zdecydował się wyrzucić.



Gabinet Strachu #2 - To nie piekło, to Holandia

Gabinet Strachu #2 - To nie piekło, to Holandia

Jeżeli masz na sumieniu coś naprawdę złego, możesz być pewien, że gdzieś czai się mściciel, który Cię dopadnie. Wiedz, że nie możesz czuć się bezpiecznie nawet pośród zielonych holenderskich łąk.

Gdy maniak w masce z wielkim nożem, piłą mechaniczną lub innym potencjalnie zabójczym narzędziem domowego użytku zaczyna swoje weekendowe kill & chill, zazwyczaj pada na przypadkowe i niewinne osoby (czasami po prostu głupie, ale nie robią tego chyba specjalnie). Jednak gdy ponury kosiarz ma umowę o pracę z diabłem, to wybór ofiar jest już mniej przypadkowy. W obawie przed zaszlachtowaniem w ramach brutalnej karmy można unikać pustkowi, opuszczonych budynków czy wszelkiego rodzaju skrótów przez lasy i wybrać się w bardziej spokojne miejsce, może się jednak okazać, że nawet podczas sielankowej wycieczki po holenderskich młynach można wpaść w niezłe…

Swoje na sumieniu mieli bohaterowie „Diabelskiego Młyna”, których przypadek bądź inna siła wyższa sprowadziły do niewinnie wyglądającego autokaru z równie niewinnie wyglądającym przewodnikiem. Skąd wiadomo, że mieli coś na sumieniu? W zasadzie, możemy się jedynie domyślać, że tak było. Sam film rozpoczyna się od kilkuminutowych scen. w których przedstawieni są główni bohaterowie. Urywki ich historii są jednak tak skromne, że niewiele możemy z nich wywnioskować i zaczynają rodzić się pytania. Jeżeli w tym momencie ktoś wierzy, że tajemnice poszczególnych bohaterów wyjdą na jaw w którymś z kulminacyjnych momentów i zwalą nas z nóg, to się mocno rozczaruje. Szybkim cięciem podtrzymujących kończyn zostaje pozbawiony za to jeden z uczestników wyprawy (jedyny zaskakujący moment w filmie, trudno uwierzyć, że ktoś padnie tak szybko). Wydaje się, że krótkie flashbacki z udziałem Jacksona - pierwszej ofiary, mają być jedynie zapychaczem, co zaskakuję przy trwającym zaledwie (albo aż) 80 minut filmie. W tym momencie traci się wszystkie nadzieje i nie chodzi tutaj o los bohaterów, ale o jakość filmu.

Po pierwsze, przekonujemy się, że piekielny młynarz nie będzie się ani skradał, ani straszył. Jest raczej rzemieślnikiem niż artystą w swoim fachu. Niestety żadne napięcie nie zostanie tu zbudowane, nikt nie będzie czuł spojrzenia na karku, żadne szepty czy szelesty nie wywołają dreszczy (w sumie mając dwumetrową kosę, po co się skradać). Po drugie w filmie z 2016 roku nie spodziewamy się zobaczyć efektów godnych kina lat 80. (w czasach moich rodziców pękająca gumowa głowa, była przerażająca, teraz po prostu bawi). Bardziej gumowa od rekwizytów była tylko poprowadzona historia. Legenda o ponurym młynarzu, który zawarł pakt z diabłem, okazuję się prawdą, a co za tym idzie, obdarzony jest on super mocami (między innymi ma totalnie wywalone na fabułę i logikę).



Do tej pory jednak to wszystko ma jakieś ręce i nogi (no może oprócz Jacksona) piekielny morderca i ofiary, które nie znalazły się tam chyba jednak przypadkowo (nawet mi ich w sumie nie szkoda, zasłużyli sobie). Resztek jakiegokolwiek sensu film pozbawia, umieszczony chyba bardziej dla żartu Takashi (znacie te gagi, gdy jedna z postaci nie zna języka pozostałych, ale próbuję coś wyjaśnić „Lessie chce nam powiedzieć, że, Jimmy wpadł do studni i trzeba go wyciągnąć”). O ile zły charakter sprzedający duszę siłą ciemności w horrorach jest jak najbardziej na miejscu to, o tyle Azjata odprawiający jakieś magiczne rytuały, zaklęcia i widzenia, by pchnąć akcję do przodu, bardziej pasuje do „Wojowniczek z Księżyca”.

Pośród tych wszystkich niejasności i niedociągnięć najlepszym punktem programu jest Kenan Raven wcielający się w postać piekielnego młynarza, który swoją bazę operacyjną w urokliwym zakątku Holandii wygląda naprawdę odrażająco. Postać, która swoim wyglądem może wywołać skojarzenia z rozjechanym na autostradzie małym stworzonkiem, jest jednak skutecznie spychana na dalszy plan. Wszystko za sprawą jego wspomnianych super mocy, do których można dopisać zsyłanie na swoje ofiary nieprzyjemnych wizji, co zmniejszyło jego udział w filmie jeszcze bardziej.
W filmie przyjemne dla oka są na pewno kręcone z lotu ptaka zielone rejony Holandii. Jeżeli jednak jednym z największych atutów „krwawego horroru” jest to, że możemy podziwiać ładne widoki, to znaczy, że coś tu jest mocno nie tak.

Nick Jongerius tworząc „Diabelski Młyn”, przejechał się na dość prostym i wykorzystywanym po stokroć schemacie slasherów: zebrać w jednym miejscu grupę różniących się od siebie ludzi, a potem konsekwentnie ich zabijać (kreatywność w tym aspekcie oczywiście mile widziana). Film jest słabym horrorem, bo emocji nie wywołuję prawie żadnych. Za to o wiele bliżej byłoby mu do parodii tej odmiany kina grozy, wystarczyłoby dodać kilka zabawnych dialogów i więcej kiepskich rekwizytów.


niedziela, 10 września 2017

Gabinet Strachu #1 - Demon Online

Gabinet Strachu #1 - Demon Online


Młode pokolenie jest już na tyle skomputeryzowane, że za pomocą aplikacji robi już niemal wszystko. Coraz mniejsze są też szanse na to, że udałoby się z nimi skontaktować, bez pośrednictwa mobilnego urządzenia z dostępem do Wi-Fi. W takiej sytuacji kryzys w branży, mogą przeżywać wszystkie stwory, duchy i wampiry, które nadal liczą na to, że młodzież zechcę zorganizować piknik gdzieś w lesie lub wybrać się do opuszczonego domu. Wszystko bowiem ma swoją wirtualną wersję, więc straszydła albo umrą z głodu, albo updateują się do wersji 2.0.

Gdy w małym amerykańskim miasteczku w niejasnych okolicznościach umiera młoda uczennica szkoły średniej, piątce jej najlepszych przyjaciół nie pozostaje nic innego jak pogodzić się z tragedią. Nie jest to jednak łatwe, gdy każde z nich otrzymuje link do aplikacji wysłanej z telefonu zmarłej. Ciekawość wygrywa nad kształcącym się dopiero u młodych zdrowym rozsądkiem, czego wkrótce wszyscy mogą pożałować, bo aplikacja okazuje się obdarzoną podłym charakterem wersją Siri, a jej główną funkcją jest pokazanie użytkownikowi, co mogą oznaczać słowa "umrzeć ze strachu"

Gdy z opisu filmu dowiadujemy się, że „grupa znajomych staje się ofiarami tajemniczych wydarzeń”, jasne już jest, z jakim rodzajem horroru mamy do czynienia. Nieogarnięte nastolatki robią coś nieodpowiedzialnego, a potem możemy tylko zgadywać, kto umrze pierwszy i dlaczego to będzie znów blondynka. Aplik@cja braci Vang pod tym względem nie różni się w ogóle od filmów tego rodzaju. Dzieciaki postanawiają wejść w link wysłany z telefonu denatki, nie przejmując się w ogóle tym czy to wirus, czy spam i w ten sposób zapraszając do swojego życia BeDevila. Poręczny i łatwy w obsłudze program (nie wymaga logowania przez FB ani akceptacji regulaminu) szybko okazuje się zwykłym dupkiem. Co więcej, jest to jedyna postać, którą daję się jakoś na ekranie znieść.

Zabijający we współczesnym stylu e-demon jest kolejnym dowodem na to, że wszystko można sprowadzić do wersji mobilnej. Nużące i męczące staje się to, że cała akcja rozgrywa się z telefonami w ręku, a nikomu nawet nie przychodzi na myśl, żeby się z nim rozstać. "Innowacyjność" pomysłu jest tak oczywista, że w ogóle pozbawia historię wyrazu. Demony przemawiające za pomocą plansz do gdy, czy kaset wideo mają w sobie jakiś klimat. Może dodaje im to fakt, że przedmioty te zazwyczaj zalegają gdzieś na strychach, a nie znajdują się w kieszeni każdego z nas. Sama BeDevil — zabójcza aplikacja, to próba połączenia Jingsawa z "Piły" który uwielbiał gry i zadania, z Pennywise Kinga, który przybierał postać najgorszych ludzkich koszmarów. Wieję od niego jednak straszną podróbką i nie dodaję on od siebie absolutnie nic. Mimo to jednak, na ekranie jest on najlepszym elementem, który przychodzi nam oglądać, bo cała pozostała obsada... to jest dopiero koszmar.


Oglądając grę większości obsady, pierwszym skojarzeniem jest szkolna akademia, gdzie liczyło się tylko zapamiętanie i powtórzenie tekstu, najlepiej jak to możliwe (zachłystując się ze zgrozy, byli tak słodcy, że ma się ochotę ich przytulić i głaskać). To jednak też tylko połowa problemu. Drugą są same postaci, w których młodzi aktorzy musieli się wcielić. Fatalne przerysowanie pewnych modeli było tak niedokładne, że zastanawiałem się, czy przypadkiem ktoś nie chciał obśmiać pewnych stereotypów i schematów w filmie. Gavin (Carson Boatman) jest niedojrzałym chłopakiem, który nie ma pojęcia, jak powinien zachowywać się w związku. Dziewczyna dzwoni do Ciebie, bo boi się być sama w domu? Zapytaj jej, czy nie jest przypadkiem za późno (gay alert). Haley (Victory van Tuyl) ma problemy z doborem zachowania do sytuacji, a Alice (Saxon Sharbino) jest tak nieporadna i niewinna, że gdyby spotkało ją coś złego, byłoby to równie okrutne, jak skrzywdzenie szczeniaczka. Zdawać by się mogło, że przynajmniej jedna postać zachowuje pozory normalności, jednak Cody (Mitchell Edwards) rozsądnie tylko czasem mówi, a zachowuję się jak reszta. Kartonowe dialogi pisane były im chyba na kolanie, a co do postaci, bracia założyli się chyba, która z nich będzie głupsza — pod tym względem wygrywa scena, w której dzieciaki postanawiają usiąść koło martwego kolesia, żeby posłuchać znalezionego nagrania. Scena ta chyba została wycięta ze "Strasznego Filmu".

Wysyłając młodzież na zabójcze wakacje do domku w lesie lub zapewnia im się wstrząsające wrażenia podczas zwiedzania opuszczonego zakładu psychiatrycznego, wrzuca się je do typowej "sytuacji bez wyjścia". Zasięgu brak, a w promieniu wielu mil ani jednej żywej duszy. Tego producenci chyba nie wzięli pod uwagę, wybierając na miejsce akcji standardowe amerykańskie miasteczko. To jednak wydaje się totalnie opustoszałe, w domach brak rodziców i najprawdopodobniej elektryczności, bo nikt odruchowo nie próbuje zapalić świateł.


Przerażający w filmie nie był sam Mr. BeDevil, ale wszystko, co robili główni bohaterowie. Na dobrą sprawę, gdyby zostawić ich bez aplikacji, sami w końcu by sobie zrobili krzywdę. Program tworzący obraz naszych największych lęków na podstawie analizy naszej osobowości i zawartości konta na fb (czasami to, co można tam znaleźć, jest wystarczająco przerażające) w dobie ogólnej cyfryzacji był tak oczywisty, że aż bez wyrazu. Sam czarny charakter, jaki by nie był nie musiał się specjalnie wysilać, bo bohaterowie nie próbowali stawiać nawet jakiegoś szczególnego oporu. Aplik@cja jest filmem, który wyraźnie miał być o nastolatkach, dla nastolatków albo – co gorsza – kampanią społeczną ostrzegającą przed zgubnym wpływem telefonów komórkowych. Film dostarczył nam wszystkiego, co w ginie grozy najgorsze: bezsensownych dialogów, nielogicznych zachowań, ucieczek i przerażenia bez przekonania oraz przerysowanych do bólu bohaterów, którzy swoim zachowaniem irytowali i drażnili.




Copyright © 2016 Redaktor Ego , Blogger